patrzac wstecz przez ten miesiac dochodze do nastepujacych konkluzji.
etap gipsu jest etapem przyjemnej hibernacji, w czasie ktorej czlowiek doznaje zludnego wrazenia, ze wszystko sie tam naprawilo i czlowiek jest zdrowy.
paskudne jedzenie robi z czlowieka naprawde innego czlowieka.
gotowanie w pelnym gipsie jest upierdliwe
robienie czegokolwiek innego, wlacznie z seksem jest wkurzajace i najezone (czasem doslownie :) ) przeszkodami.
w kwestii swiat – narobilam pierogow. jestem krolewna pierogow, a nie jestem krolowa tylko dlatego ze to stanowisko zajmuje moja Mama, a Tata jest krolem. jednakowoz irlandzkie ziemniaki i wlasna bezmyslnosc popsuly mi farsz na tyle, ze zamiast byc kulkami mial konsystencje lososia upacianego w pasztecie, dlatego pierogi nie byly wielkie jak jajka niespodzianki, ani nawet jak “Kasztanki”, a raczej jak Mentosy w rozmiarze. zostaly jednak pochloniete i zajumane “na pozniej” (no dobra, ja dostalam paszteciki do barszczu i uwazam, ze dobrze na tym wyszlam bo ja nie umiem robic). wczesniej jojczylam rodzicom o emailowanie mi przepisow, wiec wreszcie barszcz wyszedl mi tak jak pamietam z domu i zrobilam pieczonego cyca indyczego na rodzicowy sposob. swieta przebiegly z kilkoma burzami, bo ja sie uparlam, ze sprobujemy zaczac je obchodzic, zaczac budowac wlasne tradycje, ze czas przestac spedzac czas w ten sam sposob, czyli albo Wolne, albo Praca. Mru jest natomiast odrebnego zdania, jemu tak dobrze, on nie widzi potrzeby ubrania sie, zmienienia okolicznosci i wystroju w celu zaakcentowania, ze oto teraz to jest inne leniuchowanie na kanapie niz zwykle. a ja tak. mi bardzo brakuje Wyjsc z domu, takich, gdzie to sie bierze prysznic przed, zaklada swieze ladne ciuchy, robi makijaz/goli sie i idzie sie spedzac milo czas. musze chyba znalezc sobie kogos innego do takich celow, bo Mru wydaje sie byc doglebnie zraniony na sama mysl, ze mialby zalozyc koszule.
wracajac do swiat. odgrzebalismy choinke odziedziczona po Myszkach i ja z tym gipsem ja obkustykiwalam naokolo wieszajac bombki, swiatelka, oraz w ogole skladajac te cholerna choineczke co to galezi miala wiecej niz moje koty zbednego owlosienia. w sumie to bardzo chcialam zobaczyc jak to moje koty bawia sie dzwoneczkami, wbiegaja na galezie, zrywaja lancuchy, ale siersciuchy totalnie, TOTALNIE zignorowaly zielonego potwora.
w kwestii kolanka:
choc bardzo jasno wyrazalam swoja niechec, w koncu pojechalismy do pana doktora zdjac gips. pierwsze wrazenia:
o kurwa, ale ono jest spuchniete.
o i rozne kolory ma!
o, a na lydce nie zostalo ani jednego miesnia!
o matko, nie mam wladzy w nodze!
no wiec po gipsie noga w pozycji wyprostowanej – rulez. przy probach zgiecia (grawitacyjnie, nie miesniami, bo ich nie ma) bol, gwiazdki w oczach, ogluszanie pana doktora moim pomstujacym sopranem, uczucie rozrywania stawu kolanowego dwoma litrami wody wstrzyknietymi do srodka.
pan doktor kazal cwiczyc zginanie, chodzenie powolutku o dwoch kulach tez i ogrzewanie suszarka przed cwiczeniami a schladzanie lodem po cwiczeniach. one, te cwiczenia bola jak jasny gwint, ale wierze, ze to “rozrywanie” jest bardziej w mojej glowie niz gdzie indziej.
w ogole w mojej glowie dziwne rzeczy sa. na przyklad lydka wysyla komunikat do mozgu ze wlasnie sie potwornie kurczy! na zyczenie. o, tak samo jak ta druga lydka! uch uch uch! patrze na te chuda sirote a tam nic, totalnie NIC nie drgnelo (lewa lydka wtedy ma sliczny miesieniek twardy z tylu wyrzezbiony). no po prostu atrofia. to samo robi kolano, mowi ze zaraz sie rozpadnie na 1000 kawaleczkow a wcale sie nie rozpada.
i tylko ta opuchlizna mnie strasznie martwi, bo jest wieksza niz po operacji. z tej racji zaraz po przyjezdzie do domu od doktora mialam maly atak histerii (kto mnie zna to wie, ze to jak snieg w lipcu) na temat ze diagnoza jest zla, ze ja nie wiem co robic, ze tylko sobie zaszkodze, ze chce umrzec i w ogole. diagnozy natomiast w ogole nie ma bo przez te opuchlizne nie mozna jeszcze zrobic rezonansu ani zadnego testu. pan doktor mowi, ze jesli poszly wiezadla boczne to juz sie zrosly, a jesli krzyzowe to sie nie zrosna i trzeba bedzie je przyszywac. ja mam jeszcze podejrzenie (biedni lekarze, ktorych pacjenci sa uzaleznieni od internetu), ze moglo mi pojsc to wiezadlo rzepkowe takie, bo teraz jak napinam miesnie to boli mnie gorna czesc rzepki. ale pewnie sie nie znam na tym zupelnie i tylko sie niepotrzebnie stresuje.
w tej sytuacji wkurwia mnie tylko, ze teraz jak bede sie rehabilitowac i cwiczyc i bolec zeby mozna bylo zrobic badanie to jesli trzeba bedzie operacji to po niej znowu to samo rehabilitowanie cwiczenie i bolenie. i cala sprawa moze sie zaczac liczyc w latach.
za to wrocilam na diete South Beach. po miesiacu wegetacji na dziwnym jedzeniu i po swietach szczegolnie uznalam ze czas. i poszlam w tym roku na date 02.01.2009. na dzien dzisiejszy jest 4kg mniej (tak, odliczylam juz wage gipsu :)))) ) i czuje sie swietnie. w sensie czytam cos, jak widac cos pisze, mam pomysly, generalnie zaczelam zyc troche bardziej wewnetrznie. mam nadzieje ze tym razem uda mi sie przejsc moja “magiczna” bariere wagowa, bo wierze ze jak przeskocze ten konkretny numerek to juz bedzie z gorki. a do numerka pozostalo mi jeszcze 4kg.
a moze by sie tak wyprowadzic do Australii/Nowej Zelandii? tylko ja mam fobie na insekty latajace chaotycznie i na weze tez…