stracilam ostatnio serce do pisania na blogu. pewnie dlatego, ze faktycznych zmian jest multum, a ze zmianami to jakĀ problemami. dopoki sa male i ujezdzalne to sie chetnie dzielimy z bliznimi, rozdmuchujemy, nawilzamy, zeby lepiej rosly i okazalej wygladaly. ale kiedy dopadnie nas cos, co naprawde boli i utrapia, wtedy siedzimy cicho i miedlimy w sobie. to troche tak jak sie rozwodzic na fafnastu stronicach, ze sie skaleczylo w palec, ale kompletnie pominac fakt, ze w zasadzie i tak toczy nas jakas potworna choroba i generalnie to za tydzien umrzemy. ale o, paluszek boli tu, krew sikala jak z wieprza!
w ostatniej notce pisalam, jak to stabilizacja i swiety spokoj. no wiec moge teraz wnukom przyszlym opowiadac, ze tak, babcia zaznala spokoju i poczucia stabilnosci. przez jakies 5 dni. i potem jej sie znudzilo.
nie na wlasna prosbe przerwany zostal ten idylliczny tydzien, kiedy wszystko bylo na swoim miejscu. dnia pewnego przyszlam do pracy, zostalam zawolana do szefa, ktory skrecajac sie w pelen zawstydzenia paragraf wyjasnil mi, ze firma przeprowadza redukcje, bo ich nie stac, a ze bylam jednym z ostatnich nabytkow firmy, to jako jedna z pierwszych mowie jej papa. i ze moge sobie isc w sumie nawet zaraz. ze niby w akcie dobrej woli dostane jakies tam dodatkowe grosiwo, zebym nie umarla z glodu w czasie szukania nowej pracy.
no to poszlam.
w zasadzie to przeciez ja i tak juz miesiacami rozwazalam odejscie z pracy i poszukanie czegos mniej czasochlonnego, albo otworzenie wlasnego biznesu. no wiec znalazlam i to i to. teraz pracuje sobie z mocno elastycznymi godzinami pracy na kilkumiesieczny kontrakt a w miedzyczasie dlubie stronke, wizytowki, plany zajec, inwestuje w ksiazki o mojej branzy. w miedzyczasie powoli pekam ze smiechu na mysl, jak to jeszcze niedawno myslalam, ze powinnam pracowac DLA KOGOS, bo dzieki temu mam wieksze bezpieczenstwo i stabilizacje. hue hue hue.
teraz sobie tylko moge pluc w brode, ze nie zrobilam tego wszystkiego w czasach boomu pienieznego a zabieram sie za to, gdy do drzwi puka recesja i ludzie beda mieli inne wydatki, niz na nauczyciela spiewu :)