MagDee’s World


Archive for July, 2008

Kot-a-kumba

koty to bardzo inteligentne stworzenia. hue hue hue. HUE!

no dobra. jeden z naszych kotow jest. tak przypuszczam. drugi nie jest. to wiem na pewno.

wczoraj mial byc mily dzien. wreszcie bezposrednio po pracy prosto do domku, mialam odebrac Mrua ze stacji albo i nie, jechac cos zjesc albo i nie, potem kontynuowac odgruzowywanie domku, albo i nie. poniewaz korkow po drodze nie bylo, to bylam w poblizu domu na tyle wczesnie, ze oplacalo mi sie wstapic do domku i poglaskac koty. przyszlam, Kotylda wyleciala i wystawila sie na mnie nastroszonym lukiem triumfalnym. se mysle, ze kotu sie chce bawic, no ok. wzielam cos zwisajacego z patyka i turlam kotem po podlodze. potem poszlam sie walnac na chwile na kanape, Kotylda na mnie, mrukocze i mrukocze. w koncu zlazla i zaczela sie krecic jak smrod po gaciach. wolam Haniutke, bo to do niej niepodobne, zeby pozwolic siostrze zagarnac cala moja uwage w rytuale powitania. i wolam, wolam i wolam. lypie z niepokojem na pralke, ktora wlasnie plucze moje pranie (mam mala paranoje, ze kiedys wypiore kota. dlatego przed kazdym wstawieniem pralki koty sa odliczane. nie tym razem, bo tym razem pralke ustawilam z opoznieniem, zeby sie pralo jak bede w pracy). w koncu slysze slabiutkie “miiiiu”. serce podskoczylo mi tak wysoko ze prawie je sobie przygryzlam. ale przelknelam dzielnie i dalej otwierac wszystkie szafy, szafki i szufladki. kota ani widu. slychu czasami go bylo, dzieki czemu wylapalam, ze jest gdzies w kuchni… kuchni na wymiar… z wbudowanym wszystkim. wlazlam na drabine i tak. w miejscu, gdzie sa trzy bloki wysokie, w jednym lodowka wbudowana, w drugim szafki, w trzecim mikrofalowka, piekarnik i tez szafki, od gory sa przy scianie trzy dziury akurat na kota. okreslenie w ktora z tych dziur kot wpadl okazalo sie niemozliwe. wiec rozebralam lodowke wbudowana wlacznie z zawiasami, drzwiami i tak dalej, powodujac wylecenie drzwi razem z butelkami ketchupu i sosow, ktore zlaly sie uroczo w jedna szklano-pomidorowa plame na nowiutkiej podlodze, potem przyszedl Mru i rozebral kilka innych kawalkow segmentu i pod tym wszystkim, miedzy podloga a faktycznymi segmentami siedzial sobie kotek. kotek wyjszl, napil sie wody i zapomnial o calym zdarzeniu, skutki ktorego niwelowalismy jeszcze przez kilka godzin, ktore mialy byc poswiecone na cos zupelnie innego. kotek do konca dnia byl bardzo mily i przytulny, po czym dzisiaj rano obudzil mnie zeskakujac mi z szafy na niczego niespodziewajaca sie tylna czesc uda. w tym momencie postanowilam NIE odliczac ciemniejszego kota przed nastepnym praniem.

z ciekawostek – obudzenie sie w cieplym pokoju i spuszczenie stopek na podgrzewana podloge usprawiedliwia w pelni nasza przeprowadzke, wzrost kosztow i cosetamchcecie.

szykuje sie na pierwszy weekend w nowym miejscu, planuje spacerek w celu obadania Bray Summer Festival i mini lunaparku z kolem mlynskim. poza tym dzisiaj ma spasc na nasz dom zloty deszcz bitow z internetu, wiec trzeba przygotowac pokoj oraz wyprac fotel po ostatnim obsikaniu go przez kota. znaczy fotel wyladuje w ogrodzie, gdzie uporczywie i obficie bede go topic i gdzie zapewne zafarbuje kamienie ogrodowe na rozowo.


Wpis zbiorczy

a wiec juz po wszystkim. solidne 2 dni weekendu i 2 pelne wieczory przewozenia rzeczy z jednego miejsca na drugie. efekt – bolace miesnie, kosci, brak podlogi w nowym domku, wspomnienia ze starego domu zagrzebane gleboko w szufladzie “Chce o tym zapomniec”. nie no, przesadzam, ale w porownaniu do naszego nowego domu ten stary jest tak brzydki, ze jakos nie mamy parcia do cieplego wspominania szczegolow mieszkania tam. jeszcze nie osiadl kurz po wyprowadzce na tyle, zeby przestac porownywac komfort i estetyke, z oczywista szkoda dla starego miejsca zamieszkania, a zaczac zapisywac w formie wspomnien wszystkie fajne i zabawne rzeczy, ktore sie tam wydarzyly.

w kazdym razie poza tradycyjnym szukaniem pracy brak mi otwartych projektow i od kilku dni gapia sie na mnie bezczelnie stagnacja, stabilizacja i swiety spokoj i sssssssycza. moglabym jeszcze pare slow na “s” zapodac, ale zostawie to waszej wyobrazni. bede musiala znalezc sobie cos nowego do organizowania bo jeszcze cofnie mi sie nerwica i w ogole poczuje sie jak nie ja.

z malych planow – powrot na silownie i na diete, zanim calkiem zaprzepaszcze efekty poprzedniej.


jutro wielki dzien

 jutro jest wielki dzien. w zasadzie dzisiaj tez jest wielki dzien bo pierwszy raz w tym tygodniu poszlam do pracy. 2 tygodnie temu bolalo mnie gardlo. w poniedzialek nie bylam w stanie wstac z lozka i tak bylo do wczoraj, gdy zaczelam sie troche snuc po domu smarkajac i kaszlac. dzisiaj pracuje, zaraz po pracy jade na drugi koniec irlandii dac koncert. jestem walnieta, ale chor potrzebuje solistow bo spora czesc pojechala na wakacje i trzeba. i tak udalo m sie wykrecic z jutrzejszego slubu, na ktory jechalabym 2.5 godziny w jedna strone… po dzisiejszych 3 godzinach w jedna strone i pelnym koncercie… a jeszcze jutro raniutko mamy odebrac klucze do naszego Nowego Domku i zaczac sie przeprowadzac. ja kocham przeprowadzki, nienawidze tylko pakowania i rozpakowywania… :)

w kazdym razie sprobuje sie nacieszyc pierwszymi chwilami w nowym swiezutkim slicznym domku zamiast zadreczac siebie i innych takimi pierdolami jak konstruktywny plan dzialania.

w pracy… czarownice dzisiaj oczywiscie lypaly na mnie porozumiewawczo, no przeciez pewnie pojechalam na te 4 dni na Ibize i oszukuje, ze choruje. albo sie pakowalam i mi bylo wygodniej. po czym zapalily kadzidelko. nie wiem co im walilo, ale smrod domu pogrzebowego w biurze i suche powietrze spowodowalo, ze moje pluca zaczely trzasc ozebrowaniem w celu wysmykniecia sie na zewnatrz i pierdolniecia czarownicom w suche twarzyczki.

rzygam juz ta pogoda. drugi rok z rzedu lato trwalo 4 dni i tyle. teraz pada, jest ciemno i smutno. do krocset znudzilo mi sie narzekanie na syfiasta pogode. wolalabym ponarzekac na to, ze slonce wysusza ogrod, albo cos. bede miala depresje i zaczne byc cyniczna i szydercza. wait a minute… no bardziej zaczne byc.

w kazdym razie dziekuje wszystkim zaangazowanym za trzymanie kciukow, udalo mi sie wynajac domek, ktorego jedyna wada jest to, ze nie ma elektrycznej bramy. jeszcze. a i suszarki do ciuchow. jeszcze. hie hie hie.

to ja sobie pojde pokaszlec do kacika i gotowac sie psychicznie na 2 godziny jezdzenia po moim gardle papierem sciernym… oczywiscie serdecznie zapraszam na koncert w Athlone dzisiaj. szczegoly sa chyba na www.dublingospelchoir.com


powakacyjnie

bylo sie na wczasach. o kurwa, ale to juz dawno bylo. wcale juz nie czuje, ze gdziekolwiek wyjezdzalam, ci glupi psychopsuje wiedza co mowia, jak mowia ze wypoczywac trzeba miesiac, zeby tak naprawde wypoczac. to niestety se ne da, bo w wielu firmach nie sa jeszcze psychopsuje zatrudniani i male mam szanse na mozliwosc wziecia miesiecznego urlopu, ale za to albo 2 tygodnie albo 3-4 dni. tak chyba lepiej, bo taki tydzien to ni w chuj ni w trabke. niby czlowiek sie zaczyna rozluzniac ale juz mysli o powrocie.

Portugalia jest sliczna, biale domki malownicze, w Lidlu jest Ice Tea, zarelko w knajpach tanie, dobre i duzo. Bez air-condition jednak nie da sie tam zyc. Probowalam sobie wyobrazic jezdzenie tam samochodem bez klimatyzacji i spanie w mieszkaniu przy otwartych oknach i na sama mysl krew mi wrzala bulgotem potwornym.

poza tym maja zmije. dobrze, ze o tym fakcie zostalam naocznie uswiadomiona pod koniec wizyty. jechalismy sobie autkiem w taka mala uliczke z apartamentami rozwazajac jak fajnie byloby mieszkac na takim wzgorzu z widokiem na ocean, gdy zobaczylam sporo przed autem cos wijacego sie wrednie po jezdni. mialo z 1.5-2 metry gdzies spokojnie i blyszczalo w sloncu. zostalam przymurowana do kierownicy i nie ruszylam auta, dopoki to wredne cos nie zniknelo w trawie. no bo przeciez moglo ugryzc Fistaszka (Forda Fieste) w oponke!!!

z faktow ciekawych pozostaje mi nadmienic, ze facet to jednak facet i gupi bedzie zawsze. moj blady jak sciana gipsowa chlop po latach chowania cielska w czarnych owijakach przez rok caly niezmiennie, postanowil, ze smarowanie sie czyms z filtrem w czasie pobytu na plazy i wielogodzinnego poszukiwania muszelek jest przereklamowane i w ogole bue. ja juz po paru godzinach w porannym sloncu (i obsmarowana od czola pod piety) zaczelam instynktownie szukac cienia, wiec zarzadzilam zwiniecie sie z plazy. zjedlismy sobie obiadek w cieniu, posluchalam jak to Mru sie nigdy nie poparza sloncem i ze sie po prostu zbrazowi. tya. wieczorkiem mielismy sie udac na impreze integracyjna wczasowiczow (€5 za lebka!!!). ani apetytu Mru nie mial, z pubu (100% angielskiego syfiastego i smierdzacego kurzem) zwialismy po 2 minutach. zaczelam sie na powaznie martwic jak Mru czlapal sobie zrezygnowany za mna i nawet nie marudzil specjalnie. w hotelu rozkwitl natomiast powaznym porazeniem slonecznym ze wszystkimi jego oznakami, ktorych wymieniac nie bede. powiem tylko, ze siedzialam sobie jak trusia na tarasie z laptopem i staralam sie nie oddychac za glosno, zeby zasnal i przestal sie meczyc i wypatrywalam babli, postanowiwszy, ze jak sie pojawia to jedziemy do lekarza. dzieki ci matulu moja za to, ze jestem (po tobie) nadopiekuncza kwoka i mialam ze soba wielka puszke Panthenolu i pojecie o obslugiwaniu chorych. w kazdym razie skonczylo sie na tym, ze poltora dnia spedzilismy patrzac jak skora Mrua zmienia kolory a do plazy palalismy lekkim wstretem.

dodatkowo dopadl nas strajk kierowcow, ktorzy odcieli stacje benzynowe od dostaw paliwa. naturalne. w ostatni wieczor zabawialismy sie wiec jezdzac naokolo i szukajac kropli benzyny, zeby dojechac autem na lotnisko nastepnego dnia. dlugo sie nie bede rozwodzic, w kazdym razie benzyne znalezlismy przy mega adrenalinie i przy komputerze pokladowym mowiacym, ze za 6km bak bedzie zupelnie pusty. potem w nagrode odwiedzilismy delfinarium i do domu.

potem wpadl w odwiedziny moj tata, ktoremu Irlandia pokazala swoje prawdziwe oblicze. deszczyk, sloneczko, co 10 minut zmiana pogody i wygladu nieba. bylo cudnie, wreszcie sobie pojezdzilismy, pogadalismy a i ja moglam powolutku wrocic do rzeczywistosci po wczasach.

wczoraj widzialam domek swoich marzen. oczywiscie jest to domek marzen polowy aktualnie szukajacych domow ludzi, wiec panstwo landlordzi beda wybierac i przebierac. mam nikle nadzieje, ze wybiora nas, wiec trzymac kciuki. jak nie, to naprawde trudno bedzie znalezc cos rownie perfekcyjnego. w tamtym domu nawet kolor i model kanap byl idealny.

to tyle na teraz, bo nie moge za duzo pisac, bo trzymam wszystkie palce, nie tylko kciuki…

a zeby nie bylo ze nie ma o kotach, to juz jest:

wygle kitehy

koticky mordulec z karmelem na brodzie

ze moi?

can i haz bellyrub pwease?

jedna kota drugiej kocie wsadzila do oka stope.

whatcha lookin at, moron!

nieudana proba wykonania zywego obrazu yin-yang

chuja tam nieudana. Kotylda jest zadowolona, wiec na pewno bylo fajnie.