MagDee’s World


Archive for April, 2008

niunius do piachu?

niecaly miesiac po sprawdzianie technicznym niunius postanowil, ze przestanie byc bezproblemowym autem. jeszcze nie wiem, jakiej natury i klasy jest problem, ale obawiam sie, ze bez dluzszego pobytu u mechanika sie nie obejdzie, a ja naprawde nie mam jak sie zakrecic wokolo nieposiadania auta do dyspozycji przez pare dni. jasne, moge wypozyczyc sobie samochod na ten czas, za 5 dni okolo 120-150 eur. sie mi nie usmiecha no. generalnie powiem, co slysze. kiedy silnik wchodzi na 2200-2400 obrotow na minute, niezaleznie od tego, czy jest na luzie, czy na biegu i na ktorym to zaczyna brzmiec, jakby sie na sucho lopatki jakiegos wentylatorka metalowego obracaly i ocieraly o cos po drodze. taki dzwiek bardzo niewielkiej i wolno sie obracajacej pily tarczowej. jest on przez caly czas, gdy auto jest na tych obrotach. sa one skubane dosc czesto przeze mnie uzywane, wiec nie ma mowy o stalym omijaniu po jednej albo po drugiej stronie. tym bardziej, ze w okolicach 3300 obrotow tez jakby slysze, jakby sie to zaczynalo, ale moze jestem przeczulona. po pierwsze to sie boje, bo moze ja wlasnie zacieram silnik, dalej jezdzac niuniusiem i moze taniej by mi wyszlo wynajac auto i to oddac do naprawy niz wymieniac pol silnika potem… ale sami wiecie, jak zab nie rozsadza czaszki, to sie wizyte u dentysty odklada… niech mi ktos powie, ze to nic takiego i nissan micra (rok produkcji 2000) ma swiete prawo tak robic… westch.

wczoraj sie wkurzylam, bo sie spoznilam o pol godziny z przyjazdem w celu zobaczenia domu i ktos go wynajal przede mna. konkretnie pierwsza baba, ktora pierwsza ponoc dzwonila i przyjechala. od razu wziela. nie dziwie sie, domek piekny, moglabym tam wychowywac koty i potencjalne ludzkie potomki. no nic, szukam dalej.

generalnie wobec powyzszego szukam domu, pracy i samochodu :)

i powiedzcie mi, dlaczego nie produkuja Santa Fe w wersji 1.4l silnika, he? albo Tucsona, tez moze byc.


sroga joga

 we wtorek w ramach odpoczynku od pracy poszlam sobie na silownie, po ktorej mialam pierwsze w zyciu zajecia jogi. powiem tyle. sesja fizjoterapii w czasie ktorej pani mi wkladala palce pod miesnie i grzebala w sciegnach oraz przesuwala mi rzepke do drugiego pokoju… to byla czysta przyjemnosc prosze panstwa.

nie wierzycie? ze joga to podspiewywanie pod nosem, glebokie oddechy i relazzz? chuja tam. stancie sobie ja was prosze w rozkroku takim, zeby was troszke sciegna informowaly, ze dalej moze byc juz tylko bolesniej. nogi proste jak druty. wyciagnijcie sobie rece poziomo po bokach i w takiej pozycji przez pare minut. MINUT. sobie stojcie. zeby sie wam nie nudzilo wykonujcie powolne skrety tulowia ale tak, zeby rece byly w relacji do korpusu w tej samej pozycji caly czas. no zapraszam. nie trzesa sie wam troszke rece i dupsko nie ciazy potwornie ? to w tym czasie skoncentrujcie sie jeszcze, zeby kazdy skret byl wykonywany podczas poprawnego wydechu ustami, ktory nastepuje po pelnym wdechu nosem (powolnym). generalnie kazdy skret powinien byc bardzo wolny i nastepowac co jakies 10 sekund. w miedzyczasie tez oddychajcie rownomiernie, gleboko i spokojnie. nadal nie wiecie, o co mi chodzi? to gratulacje :) ja, mimo dluzszego przygotowania w silowni zupelnie sobie nie dawalam rady z utrzymaniem rownomiernego napiecia miesni.

od dwoch dni miesnie, o ktorych istnieniu nie mialam pojecia, sa sztywne, smutne, samotne i pragna kolejnej sesji. to juz we wtorek :)

w kwestii naszych kotonow, doszlismy do wniosku z Mruem, ze te akurat egzemplarze zamiast IQ dostaly podwojna dawke ICUte. i w sumie nikomu to nie przeszkadza, ze kot potrafi wystawac jedna polowa kota z kuwety(krytej, bez drzwiczek) i trwac w glebokim zamysleniu pare ladnych minut. nie. nie ta wlasciwa polowa kota. teoretycznie myslaca czesc znajduje sie wewnatrz. nieruchomo. po czym kot wychodzi i robi “urk”.


dokonalam aktu karalnego

posprzatalam patio.

nie bez powodu jednakowoz. mam bowiem pytan kilka.

- ilez mozna uczyc obcych ludzi spiewac w czasie, gdy “slodkikotekniuniniumojetymalenstwo” wywala wielki ofutrzony brzuchal w strone uczniow, ktorzy probuja sie skoncentrowac na kontroli oddechu. wybuch smiechu nie jest najlepszym, choc jedynym wyjsciem z sytuacji.

- ilez mozna nie miec wlasnego kacika, w ktorym mozna sobie nucic i nagrywac i wydawac dziwne dzwieki bez kotow i Mrua spogladajacych z bezdennym niezrozumieniem

- ilez mozna sluchac “Trujki”? (uklon w strone Mrua)

- po cholere trzymac w patio wielkie krolewskie loze, skoro gosci nie miewamy zbyt czesto i tylko koty sie ciesza?

po zadaniu sobie tych i kilku innych mniej cenzuralnych pytan postanowilam zrobic pokoj muzyczny w patio, gdzie bede uczyc wyjcow swoich, gdzie oni nie musza wachac mojej wytworow mojej watpliwej wyobrazni kucharskiej a ja nie musze sie przejmowac, ze przewieszone przez kanape leza od tygodnia moje brudne skarpetki.

przy okazji sprzatania znalazlo sie w patio wiele skarbow dawno oplakanych (Mru) i zapomnianych (ja). miedzy innymi przesliczna kartka urodzinowa, ktora w zeszlym roku byla przez nas podarowana gosciowi, ktory zupelnym przypadkiem spedzal u nas swoje urodziny, przylatujac na moje urodziny. gosc kartke zostawil, prezentu nie :) zeskanuje kartke i wrzuce, bo no sliczna jest no.

a ja wtedy dostalam tez jedna kartke. z Francji od DorSza. mam do dzisiaj!


…gdy sie sni

mialam ciezka noc tej nocy.
to noc po kilku dniach, w czasie ktorych zupelnie nie sprawdzilam sie jako partner i wsparcie i jestem z tego powodu potwornie zla na siebie.
to noc przed strasznie ciezkim dla Mrua dniem, ktorego dowolne zakonczenie przyniesie nam obojgu po pare siwych wlosow i pare leveli wstecz we wzajemnym pozyciu.

… to takze kolejna noc, gdy kot Pretzel uznal, ze nadszedl czas splacenia dlugu wdziecznosci i radosci za przygarniecie, karmienie i sprzatanie kup i rzygow. kot Pretzel mruczy w sposob mocno zardzewialy, z nutkami starego wozka dzieciecego w tle.

dziekujemy ci kocie Pretzlu.

ale do rzeczy. wielokrotnie w nocy sie budzilam. dodac nalezy, ze ja mam rodzinnie szczekoscisk, z ktorego to powodu juz dwa korzenie wziely i pencly sobie wzdluz, bo nie wytrzymaly napiecia. jednemu z nich ulamalo sie na tyle powaznie, ze zeba na sztyfcikach dosztukowano wbiwszy je uprzednio w nieuzywany kanal. w kazdym razie od tamtego czasu uwazam na niego podwojnie. no i w nocy obudzilo mnie moje wlasne klapniecie paszcza i zgrzytniecie z chrupnieciem. wiadomo. sztyfty sie ulamaly, koronka w pizdu. macam sie po tym zebie, szturcham, wyciagnelam taki slupek 1/4 koronki z jednym sztyftem. pokurwilam na czym swiat stoi, po czym….. obudzilam sie, z niedowierzaniem macam jezykiem koronke, a ona cala na miejscu, tylko troszke sie chwieje. wkladam tam palucha, no dobra, chwieje sie troche mocniej, taki spory boczny kawalek moge odlamac, ale bez sztyftu. dziwne, ze poszla koronka a nie sztyft, ktory przeciez ma byc slabszy niz samo wypelnienie. patrze na zegarek, czy nie zadzwonic juz do przychodni umowic na nagle spotkanie z dentysta, ale nie no jest po 4am dopiero, bez sensu. patrze sobie na swiezo dogolony leb Mrua, po czym…. budze sie. Mru sie budzi, daje mi cmoka, usmiecha sie i usypia. ja macam zeba, koronke, okolice, wszystko na miejscu. wracam spac. kurtyna.

PS. ogolenie Mrua o nie byl prima-aprilisowy zart. Mru ma siersc krotsza niz szanujacy sie jamnik. taka 3-4mm. wyglada jak calkiem duzy chlopiec juz :)