ale od poczatku. jakis taki nieposkladany dzien dzisiaj od rana (przez rano rozumiem wczesne popoludnie, kiedys wstalismy z lozek/kanap). najpierw nie moglam sie wybrac na silownie jakos. potem stwierdzilam, ze pojde sobie z kolezanka. kolezanka ze owszem, ale troche pozniej. okej.
dopiero w drodze po kolezanke wpadlo mi do glowy zeby zadzwonic do gymu, bo pamietam ze jakies dziwne godziny w weekendy maja. no i faktycznie, zamykali za godzine. wiec kolezanke przebookowalam sobie na jutro, dzisiaj postanowilam podjechac na szybki rowerek polgodzinny. popedalowalam sobie pogrywajac w gierki na telefonie, po czym udalam sie do Tesco w celu zakupienia srodkow czystosci w ilosciach hurtowych, bo wiosna idzie, trzeba odgruzowac stary syf, zeby bylo duzo miejsca na nowy.
w Tesco oczywiscie zderzylam sie z fala ludzi wychodzacych z sobotnich rodzinnych zakupow w wielkim szoping centrze. pognalam wiec prosto do tych czyscidel nieszczesnych, wydalam ponad 50 eur na rzeczone. zdalam sobie sprawe, ze nie mam przy sobie biletu parkingowego, wiec nie moge zaplacic machinie. pedem podreptalam do auta, po drodze macajac sie w poszukiwaniu telefonu. telefonu nie znalazlam ani na sobie, ani w aucie. no git. znaczy zostal na rowerku w silowni. westch. wypakowalam zakupy do Niuniusia, znalazlam pod siedzeniem bilecik parkingowy, poklusowalam z powrotem do maszyny, podbilam bilecik, wrocilam do auta, wyjechalam na stacje benzynowa (oczywiscie kolejka z 15 samochodow, bo tanie paliwo no i po drodze z sobotnich zakupow…), przypomnialam sobie ze rachunek na ponad €50 uprawniajacy do 5c tanszego paliwa za kazdy litr. z coraz ciezszym westchem zatankowalam pelny bak, pojechalam z powrotem na silownie, obudzilam pana sprzatacza, pan mnie grzecznie wpuscil, raczo pognalam zakazana trasa omijajaca bramki skanujace karte czlonkowska, znalazlam telefon, jeszcze bardziej raczo pognalam z powrotem. wsiadlam do Niunka i powolutku, jedna reka pakujac telefon, sobie wyjezdzalam z silowni, ktora na gorze sie znajdywa i ma duzo pustego dookola siebie.
jade sobie jade, patrze, wiatr wieje galazkami krzaczkow. przejezdzam blizej, a krzaczek gapi sie na mnie bezczelnie i ma duzo brazowego futra pod galazkami. przetarlam oczeta swe kaprawe, nie no. uenifeu to to nie byl, ale lejonek jakis z mokrym nosem slicznot jeden. pojechalam pare metrow dalej na takie male rondko, zawrocilam, zgasilam swiatla i sobie powolutku podjezdzam od blizszej strony do jelonka. jelonek przestal zuc juz tak na dluzej i sie we mnie wgapil. za nim dokladnie to samo zrobilo jakies 8 innych jelonkow…
calkiem zglupialam. kurwujac na siebie, ze nie mam aparatu innego niz w komorce stalam sobie, otworzylam okno i bokiem patrzylam na jednego jelonka w odleglosci 1.5m od samochodu i za nim reszte stadka na tle rozswietlonej zatoki Dublinskiej. jak tylko przeszla mi ochota, zeby wyjsc z auta i pomacac jelonka po wilgotnym nosku, wzielam swoja biedna komorke i pacnelam krotki filmik i kilka zupelnie czarnych zdjec, w tym jedno z lampa. jelonkowi sie lampa nie spodobala, lypnal na mnie z wyrzutem i obrocil zadkiem, po czym pograzyl sie w zadumie zujac krzaczek (wlasnosc silowni zapewne). pojechalam znowu pare metrow do drugiego rondka, zeby zawrocic. przy wyjezdzie z silowni nie widzialam juz zadych jelonkow ani niedzwiadkow ani spiacych krolewien, moze dlatego, ze bardzo sie koncentrowalam na niewidzeniu tychze.