MagDee’s World


Archive for March, 2008

Jelenia Gora w Dublinie

ale od poczatku. jakis taki nieposkladany dzien dzisiaj od rana (przez rano rozumiem wczesne popoludnie, kiedys wstalismy z lozek/kanap). najpierw nie moglam sie wybrac na silownie jakos. potem stwierdzilam, ze pojde sobie z kolezanka. kolezanka ze owszem, ale troche pozniej. okej.

dopiero w drodze po kolezanke wpadlo mi do glowy zeby zadzwonic do gymu, bo pamietam ze jakies dziwne godziny w weekendy maja. no i faktycznie, zamykali za godzine. wiec kolezanke przebookowalam sobie na jutro, dzisiaj postanowilam podjechac na szybki rowerek polgodzinny. popedalowalam sobie pogrywajac w gierki na telefonie, po czym udalam sie do Tesco w celu zakupienia srodkow czystosci w ilosciach hurtowych, bo wiosna idzie, trzeba odgruzowac stary syf, zeby bylo duzo miejsca na nowy.

w Tesco oczywiscie zderzylam sie z fala ludzi wychodzacych z sobotnich rodzinnych zakupow w wielkim szoping centrze. pognalam wiec prosto do tych czyscidel nieszczesnych, wydalam ponad 50 eur na rzeczone. zdalam sobie sprawe, ze nie mam przy sobie biletu parkingowego, wiec nie moge zaplacic machinie. pedem podreptalam do auta, po drodze macajac sie w poszukiwaniu telefonu. telefonu nie znalazlam ani na sobie, ani w aucie. no git. znaczy zostal na rowerku w silowni. westch. wypakowalam zakupy do Niuniusia, znalazlam pod siedzeniem bilecik parkingowy, poklusowalam z powrotem do maszyny, podbilam bilecik, wrocilam do auta, wyjechalam na stacje benzynowa (oczywiscie kolejka z 15 samochodow, bo tanie paliwo no i po drodze z sobotnich zakupow…), przypomnialam sobie ze rachunek na ponad €50 uprawniajacy do 5c tanszego paliwa za kazdy litr. z coraz ciezszym westchem zatankowalam pelny bak, pojechalam z powrotem na silownie, obudzilam pana sprzatacza, pan mnie grzecznie wpuscil, raczo pognalam zakazana trasa omijajaca bramki skanujace karte czlonkowska, znalazlam telefon, jeszcze bardziej raczo pognalam z powrotem. wsiadlam do Niunka  i powolutku, jedna reka pakujac telefon, sobie wyjezdzalam z silowni, ktora na gorze sie znajdywa i ma duzo pustego dookola siebie.

jade sobie jade, patrze, wiatr wieje galazkami krzaczkow. przejezdzam blizej, a krzaczek gapi sie na mnie bezczelnie i ma duzo brazowego futra pod galazkami. przetarlam oczeta swe kaprawe, nie no. uenifeu to to nie byl, ale lejonek jakis z mokrym nosem slicznot jeden. pojechalam pare metrow dalej na takie male rondko, zawrocilam, zgasilam swiatla i sobie powolutku podjezdzam od blizszej strony do jelonka. jelonek przestal zuc juz tak na dluzej i sie we mnie wgapil. za nim dokladnie to samo zrobilo jakies 8 innych jelonkow…

calkiem zglupialam. kurwujac na siebie, ze nie mam aparatu innego niz w komorce stalam sobie, otworzylam okno i bokiem patrzylam na jednego jelonka w odleglosci 1.5m od samochodu i za nim reszte stadka na tle rozswietlonej zatoki Dublinskiej. jak tylko przeszla mi ochota, zeby wyjsc z auta i pomacac jelonka po wilgotnym nosku, wzielam swoja biedna komorke i pacnelam krotki filmik i kilka zupelnie czarnych zdjec, w tym jedno z lampa. jelonkowi sie lampa nie spodobala, lypnal na mnie z wyrzutem i obrocil zadkiem, po czym pograzyl sie w zadumie zujac krzaczek (wlasnosc silowni zapewne). pojechalam znowu pare metrow do drugiego rondka, zeby zawrocic. przy wyjezdzie z silowni nie widzialam juz zadych jelonkow ani niedzwiadkow ani spiacych krolewien, moze dlatego, ze bardzo sie koncentrowalam na niewidzeniu tychze.


uprzykrzanie zycia klientom online

okej. kupowanie przez internet jest naturalnie duzo latwiejsze, przyjemniejsze i oszczedne niz normalne przewozenie tylka z miejsca na miejsce w celu porownania cen, zmacania towaru i tak dalej. ostatnio jednak sie wszyscy sprzysiegli, zeby uprzykrzyc zycie i utrudnic zakupy ludziom, ktorzy wiedza, czego chca i wygenerowac sztucznie ruch metoda zmylenia naiwniakow.

na przyklad daft.ie. kiedys byl urocza stronka, gdzie przeklikawszy sie przez kilka stronek wiedzialam jakie nieruchomosci sa na rynku i gdzie. teraz sie agencje nieruchomosci zrobily madre i zaczely jedno i to samo ogloszenie zamieszczac kilka razy dziennie, przez co przeglad jednego/dwoch dni zajmuje teraz tyle co kiedys calej oferty. i nie jest to to, ze rynek sie powiekszyl. tylko te same chaty sa jako co czwarte ogloszenie, w czym ginie to, co naprawde robilo ta stronke fajna - ogloszenia od prywatnych ludziow, ktorzy wystawiaja swoj dom na wynajem lub sprzedaz raz. bo za piec minut ich ogloszenie zniknie na 10 stronie z rzedu, a naprawde trzeba miec anielska cierpliwosc, zeby sie przez te 10 stron przeklikac. przez co ja juz naprawde nie chce uzywac daft.ie jesli to nie jest konieczne.

carzone.ie na przyklad ma inny patent. radosni grubodupni dilerzy zauwazyli, ze biedni ludzie zawezaja zakres cen samochodu, przez co omija ich jedyna w zyciu okazja na to, zeby zobaczyc jakie czaderskie Audi oni maja na sprzedaz, dwuletnie i z bajerami. no wiec wystawiaja to Audi za €500 i licza, ze ktos zadzwoni. no i pewnie zadzwoni, zeby sie dowiedziec ze to €500 to tygodniowa rata w pozyczce na 40 lat. ale ruch jest, klient dzwoni. nic to, ze odlozy sluchawke zniesmaczony, jesli ma mozg, jesli nie ma to odlozy, zadzwoni do banku, wezmie pozyczke pod zastaw mieszkania i kupi to cholerne cudenko, mimo ze tak naprawde szukal Nissana Micry do naprawy. jeszcze zeby ci dilerzy naprawde umieli sprzedac, wcisnac to auto, to bym nie psioczyla. sprzedawanie samochodow jest sztuka i milo popatrzec na mistrzow tejze. ale to takie niewyparzone mordki, ktore ma sie ochote wbic w maske rzeczonego Audi juz po 2 minutach rozmowy. wracajac do tematu. zamiast jednym okiem ogladac ceny a drugim co to za auto to teraz jeszcze trzeba sie na kazdym zatrzymywac, szukac kruczkow (na przyklad rocznik) i stan auta, zeby sie nie dostalo czegos, co wysmieja panowie na kazdym szrocie.

zaczynam sobie bardziej cenic stronki nowsze, jeszcze nie opanowane przez zebatych sprzedawcow, ktorzy glownie traca klientow takich jak ja, zamiast zyskiwac. choc to prawda, ze pewnie wola naiwnego chlopka co to kupi i nie bedzie sie przypierdzielal, ze smierdzi szpachla na kilometr (moj Niunius smierdzi szpachla na dwa kilometry, ale z ta swiadomoscia go kupowalam, wiec sie nie pluje).

marud marud wiec. internet robi sie za duzy i za popularny.


chleba i seriali!

to naprawde niezdrowe jest tak odstawic od cyca kogos, kto dopiero niedawno odkryl przyjemnosc owijania swojego zycia wokol seriali. to naprawde nie fair, ze kazali tak dlugo czekac na moje coilustamowe kesy nieskomplikowanej rozrywki.

musialam wynalezc dwa nowe seriale, zeby w miedzyczasie ogladac je od poczatku, zeby zaspokoic swoje potrzeby.

toz ja przeciez nawet do ognistowlosego czlowieka-zolwia z CSI Miami zaczelam zywic jakas taka poblazliwa sympatie, a to juz jest mentalny szekszual Horejszment (wedle slow Mru) i powinno byc karalne. na szczescie po obejrzeniu wczorajszego odcinka przeszlo mi jak reka odjal.

reasumujac: przestalam ogladac dwa seriale, wypalily sie dla mnie Desperate Housewifes (Gotowe na wszystko) i Lost (Zagubieni). nie interesuja mnie losy bohaterow, przyjmuje bez mrugniecia oka spojlowanie mi tresci przez Mrua (Lost).

za to na tapecie pojawil sie serial Bones (o pani naukowiec, ktorej social skills sa znacznie mniejsze od moich a bezposredniosc przewyzsza nawet moje wyobrazenie o byciu bezposrednim). pierwsze pare odcinkow poslalo mnie w lepkie objecia Morfeuszka, ale widac pomysl na serial przyszedl im juz w trakcie pierwszego sezonu i teraz nie moge sie od niego odlepic. poza Bonesem nadgryzlam Weeds, gdzie generalnie widze troszke suburbie z Desperatek, ale tu dla odmiany wszyscy kurza trawe i wszystkich/wszystko pierdola. sa walniete mamuski i nowobogaccy tatusiowie a w srodku tego wszystkiego chatka rubasznych afroamerykanow, kolo ktorych wystarczy przejsc, by przez tydzien byc na haju.

chyba najbardziej na glodzie jestem w stosunku do House MD. powinni sprzedawac specjalne sliniaki dla doroslych bab, ktore tak jak ja hojnie slinia sie na widok skurwydoktorka. facet znalazl sposob na rozpylanie feromonow za posrednictwem ekranu. facet wygrywa o glowe z wizja Vina Diesla odzianego w jasne jeansy czytajacego poezje po francusku. tak, mam lekki fetysz jesli chodzi o glosy/odglosy. od lat za kazdym razem wysyla mnie na ulamek sekundy w kosmos pomruk Micka Hucknalla gdzies po 2 minucie (ok 2.15) Something Got Me Started (Simply Red), miedzy solo na saksofonie a rytmicznym klepaniu w klawisz. cierpie katusze, albowiem Mru (zupelnie niezgodnie z nickiem) jest mocno oszczedny, zeby nie powiedziec “mute” w kwestii odglosow. a dla mnie nawet film porno bez porzadnej sciezki dzwiekowej to tyle co film instruktazowy “jak podniesc temperature ciala poprzez tarcie”.

no i widzicie, gdzie mi sie zawsze wykoleja train of thought… chyba jednak blox.pl gdzie pisalam szybko i niegleboko, bo mi w kazdej chwili moglo odswiezyc edytor byl lepszy dla tego bloga.

chcialam ponadto zaznaczyc, ze ostatnio eksperymentuje ze stylem wypowiedzi, bo zauwazylam, ze blog staje sie nudny jak ja w zimie, wiec bede wdzieczna za mniej lub bardziej konstruktywna krytyke.

ja go naprawde troche pod publike pisze, bo gdybym nie liczyla na audytor… um. widow…. czytownie, to bym sobie klepala w dokumencie tekstowym na wlasnym desktopie i przydaje mi sie kop w dupsztala, jak zaczynam ponad miare mirmilowac (na przyklad jak teraz wlasnie).

dzisiaj udalo mi sie napisac jednego emaila i wykonac dwa telefony. gry online mnie nudza. jutro przyniose sobie mala wanienke i zrobie pedicure pod biurkiem, przynajmniej jakis pozytek z tych wysiedzianych godzin bedzie.


Dzien Obnizonej Wydajnosci

z okazji Dnia Obnizonej Wydajnosci w pracy czytam sobie wlasnego bloga od poczatku. dochodze do wniosku, ze skapcanialam przez te lata potwornie. sie nie dziwie, ze sie nikomu nie chce czytac moich ostatnich wypocin.

mam ciagle wrazenie tymczasowosci w pracy, bo przeciez szukam innej pracy, dlatego dlugoterminowe zadania odkladam w nieskonczonosc w nadziei, ze ktos inny to juz ode mnie przejmie. i tak sie sklada, ze do kilkunastu kupek do zarchiwizowania/uporzadkowania dodalam kilka calkiem nowych i na zupelnie nowe tematy. pierdole, niech sie ktos inny tym zajmie. maja idioci Microsoft Exchange i serwer ktory sie backupuje, osobno sobie archiwizuja emaile po czym je wszystkie drukuja, zostawiaja na biurku na okres minglacji, gdzie stare emaile mingluja z nowymi, stapiajac sie w calkiem nowe emailowe po-twory. i te zminglowane emaile ja mam poprzegladac, ustalic pierwotna date, temat (tak, na niektorych jest For Your Information) oraz zalacznik, ktorego naturalnie nie wydrukowano bo po co) i podziurkowac. a potem porozmieszczac odpowiednio. to ja pierdole taki interes, drodzy panstwo. w kulminacyjnym momencie jebca porzadkowego zaczelam prowadzic wlasny katalog z dokumentami domowymi. ja. katalog. i w odpowiednich przedzialkach odpowiedne dokumenty. pojde dzisiaj i to wszystko spale w pizdu.

swieta minely najlmilej jak to mozliwe, czyli bezswiatecznie. akurat tyle czasu spalam bez poczucia winy, lezalam i machalam stopkami, ze jestem wypoczeta i gotowa na nowe wyzwania. nie, zeby jakies na mnie czekaly, westch. w pracy w sensie. poza praca wystarczajacym wyzwaniem bedzie powrot po tygodniu na silownie. i wizyta u fizjoterapeutki, bo mam dziwne uczucie plywania w kolanie, tak jakby mi sie znowu tam gromadzily niefajne cusie. musze zapytac pani, czy to moze przez moje rowerkowanie silowniowe.

mam totalna faze uwielbu dla Mrua. mam zakaz mowienia dlaczego, wiec jak chcecie to go bombardujcie na jego blogu (hyhyhy).

ubralam sie dzisiaj w nowy stanik zakupiony podczas shopping fever z okazji wizyty Uli . bialy stanik. zeby nie bylo ze na darmo zakladam biala bielizne, to wciagnelam stara biala lekko przejrzysta koszulke i teraz sobie epatuje z nagla odkrytym cycem. milo jest spojrzec w dol i zobaczyc dwa przyjazne wybrzuszenia kolyszace sie pod bluzka, a nie jedno, zwane brzuchalem, ktore w dodatku nie kolysze sie, a galareci.

no to ja wracam do czytania wlasnych wypocin sprzed lat.


majonez SB

majonez robie za pomocą blendera 1 jajko całe + łyzeczka musztardy + szczypta slodziku i soli pare kropli octu i do roboty

w lewej rece oliwa i ciurkasz jednoczesnie i krecisz blenderem i patrzysz czy jest dobrze gesty i tyle ile ci trzeba. dolewanie oliwy powoduje gestnienie i przybywanie majonezu - teraz spróbuj czy jest słony i ostry i kwasny i dodaj to, czego brakuje. jesli zrobi sie za gesty to dodaj jogurtu i to wszystko.

smacznego

taki majonez moze i z tydzien postac