[lang_pl]

w zasadzie to mialam troche niewygodnie pod zoladkiem, ze tak calkiem nie bedziemy obchodzic swiat. w zeszlym roku to tak troszke przynajmniej powalczylam i czulam sie glupio nie robiac calej tej szopki z choinka i badziewiami. w tym roku juz zuplenie naturalnie i z leniwa rozkosza obserowalam poblazliwie tlumy biegajace za prezentami, w pocie czola kombinujacymi jak tu ugotowac piec obiadow w jeden dzien i jeszcze sie nimi cieszyc, cale to ORANYRANY. a my nic. ani jednego galazka, prezentu. jasne, ze moje kulinarne i grube jestestwo wymoglo na mnie obietnice pierogow, ale to raczej dlatego, ze mam wolne i czas i moge. mialam odrobinke przedsmaku swiatecznego zabiegania bo w Wigilie pojechalam odebrac prezent znajomych dla corki, bo duzy i blisko mnie w sklepie, wiec pojawilam sie w centrum handlowym… w Wigilie… poza tym szukalam poczty czynnej zeby nadac paczke, co naturalnie mi sie nie udalo. a, i zelki pojechalam kupic w Lidlu, zeby uciszyc jojczydlo moje z zarostem. i dziekuje, bardzo dziekuje. swieta obchodzic, owszem, jak bedzie junior/ka. nie wczesniej. moze gdybym umiala sobie przypomniec choc jedna wigilie, ktora nie bylaby napieta nerwowo z powodow wymienionych powyzej, gdyby kojarzyla mi sie z czyms innym niz nerwowym sprzataniem zakamarkow i niezadowoleniem mamy z efektu, moim niezrozumieniem koniecznosci ubrania sie swiatecznie do jedzenia (mam w naturze spozywanie posilku w pozycji pollezacej na kanapie/lozku) i w ogole. Mru ma podobnie, nie udalo mi sie nas przekonac do zadziergniecia nowej tradycji (teraz bedzie inaczej, zobaczysz) w naszym wspolnym domu, wiec poczekamy az i jesli bedziemy gotowi. to tyle o swietach, bo przeciez ich nie bylo.

w kwestii zmian. w genach mam wpisane posiadanie tysiaca lepszych i gorszych planow na zycie/nastepna wyplate/obiad. przez chwile bylismy bardzo blisko wyprowadzenia sie z Dublina na totalna wies, ale niestety wsiokow nie bylo na nas stac . moze to i lepiej, strasznie szybko i w niewlasciwym momencie sie by to mialo dziac. teraz trzeba odrobiny stabilnosci tutaj, bo w Polsce znowu niefajnie, teraz dla odmiany z drugim rodzicem. niby mam pewnosc, ze bedzie dobrze, ale proces nie wyglada ciekawie. ale nie bede sie rozpisywac, bo wiem, ze by sobie nie zyczyl, a czyta :P.

tradycyjnie natomiast, jak co roku, po trasie i totalnym szalenstwie zawodowym ostatnich tygodni przed koncem roku, moj organizm zapadl na “low adrenaline level” chorobe taka (sama wymyslilam nazwe). to sie dzieje wtedy, jak przeginasz z nadwyrezaniem sie przez jakis czas i uchodzi ci to na sucho, bo przeciez NIE WOLNO ci zachorowac, nie ma czasu, blablabla. a potem wolno. potem jest przerwa swiateczna, ostatni swiateczny koncert, a potem cialo robi KLAP i opada. i wtedy wylazi na wierzch to co przycupnelo tam juz miesiac temu. i wylazlo ze mnie bolem stawow, temperatura (u mnie! goraczka! mega rzadko) skaczaca miedzy 38.2 a 36.1 w ciagu kilku godzin w te i wewte, katarem, kaszlem i nagla potrzeba wylaczenia sobie zasilania na pare dni.

z tego to powodu kupilam sobie skarpetki z ogumieniem, albowiem zimno w stopki bylo mi. i to jest FAJNE. sie czlowiek nie slizga po posadzce. i sa sliczne czarno czerwone i wygladaja jak babciowe.

wiem, ze bardzo dawno nie pisalam, ale o dziwo, im wiecej sie waznych rzeczy dzieje, tym bardziej mi sie palce wiaza w supelki. to tyle na teraz, bo mi znowu wyjdzie wpis gigant.[/lang_pl]