Kotylda znowu nasikala w fotel. fotel zostal rozmontowany (Mru, postac statyczna) i wyprany w wannie (ja, postac miotajaca sie w obrazonej furii). podsuszony. po paru dniach zniesiony na dol i ja usadzona w. nastepnego dnia (a byla to sobota, dzien, gdy fotele sa bardzo przyjaznymi zwierzatkami na cale popoludnie) Kotylda nalala w jeszcze wilgotny fotel w momencie, gdy poszlam do kuchni po cos tam. wrednie i zlosliwie wstala z kanapy, gdzie spala sobie slodko, nalala i wrocila na kanape tak, ze nawet nie zauwazylismy. dopiero gdy sobie klapnelam przyciezkawym kuprem i poczulam wilgoc wychluptajaca spode mnie… nie wytrzymalam. poszlam sobie powyc do lazienki, zeby sie opamietac i nie wywalic siersciucha na ulice. no bo co w koncu kurcze blade, ilez mozna. wie, pinda kocia jedna, ze moj fotel (podlaczony do kompa, generalnie moje centrum zarzadzania) jest takim totalnie moim sanktuarium, ze bez tego miejsca gdzie ekran komputerowy i przyjazny miekki fotelik jestem bezdomna i bardzo smutna Bozia. KAZDE inne miejsce w domu byloby mniej upierdliwym, gdyby sobie wybrala.

po wyburczeniu mojego stanowiska a propos kocich adopcji i moich wyprowadzek w strone Mrua, poszlam sobie w ramach relaksu do wanny i tam doznalam oswiecenia. ona tyle razy juz nalala, a ja poza marudzeniem i podawaniem Mruowi papierowych serwetek nie zrobilam nic. jasne, ze przez jakis czas zakrywalismy fotel folia, ale ilez tak mozna, to nie mialo byc docelowe rozwiazanie. wiec daje bestii ostatnia szanse. kupie ze dwa/trzy spraje odstraszajce koty, spryskam fotel od stop do glow i zobaczymy czy jej chec bycia zlosliwa bedzie wieksza niz obrzydzenie do cytruskow czy innych tam kocich odstraszaczy. a jesli bedzie, to moge nie wytrzymac i… oddam fotel w dobre rece. bo przeciez kota nie oddam, do cholery.

a propos kocich nieszczesc. pomozcie tej Pani i Bazylowi. Historia jest prawdziwa, zweryfikowana, ja sama cos tam za posrednictwem wrzucilam. nikt nie prosi o kokosy, wszyscy mamy “za malo”. ale inni maja jeszcze mniej a daja jeszcze wiecej, wiec z samego szacunku warto.

czytanie takich historii zawsze mnie policzkuje w twarz. ze ja smiem sie czuc czasem pokrzywdzona przez los, ze nie wszyscy sa niezalezni i ze czasem musze sobie odebrac, zeby wspomoc kogos. tym wiekszy podziw we mnie dla kogos, kto z odejmowania sobie od ust uczynil sposob na zycie. drobna pomoc finansowa to jedyne, na co moja samolubna postac stac, wiec to robie. nie, nie tylko na swieta. cholera wie czemu, w sumie. chyba glownie dlatego, i od czasu, gdy moj Tata opiekuje sie moja Mama. i odkad mam obraz tego, ze opieka nad kims/czyms to naprawde zapierdol 24h na dobe. bez wakacji bo mi sie naleza.

boje sie powiedziec glosno, jak bardzo lubie swoje zycie, bo fortuna tylko czeka, zeby sie potoczyc :>