wydawalo mi sie, ze to ja jestem glosna … um… w lozku. bywszy sopranem gospelowym z plucami do samej macicy i tak dalej. okazuje sie jednak, ze tymczasowy wspolspacz domowy ziewa, steka i wzdycha glosniej (a juz na pewno czesciej) niz ja orgazmuje. dodatkowo wyspiewuje kawalek melodyjki w czasie ziewania, prawie tak dobrze jak Bernie (patrz jakis rok temu, gdy pracowalam z Najwieksza Debilka Swiata) :> a wiec halleluiah i do przodu :>
w skrocie. o urlopie (bo co wczesniej to juz zapomnialam, a szkoda bo tez bylo fajne).
tydzien przed urlopem sobie zachorowalam. gardlo bolace tak, ze slowa nie moglam wydusic, generalna niechec do oddychania i wstret do ruszania sie. trzy dni przesiedzialam w domu. dzien przed urlopem wprowadzil sie stajenny do kotow (w osobie terazniejszego tymczasowego wspolspacza - yacooba), wiec w piatek rano poszlam do pracy, po pracy oprowadzilam biedne chlopie po rezydencji tlumaczac zawilosci mojego umyslu w zakresie zarzadzania gospodarstwem, z przykazaniem zeby najlepiej niczego nie dotykal bo zepsuje, koty moze ewentualnie pomacac ale nienachalnie. po czym zaczelo sie pakowanie. w sensie geekowe. pol walizki ciuchow a pol walizki sprzetu. aparatow, aparacikow, hubow, kabellkow, laptopikow i zasilaczy. bezposrednio po spakowaniu i prysznicu podroz na lotnisko i wylot na wygwizdowo zwane lotniskiem w Bydgoszczy (wielka litera zamierzona, choc niezasluzona). i stamtad niczym stare znudzone malzenstwo rozdzielilismy sie - Mru do swoich pijackich znajomych a ja do swoich. jakos po drodze przeszlo mi kaszlenie na tyle, ze moglam myslec o planach na kilka tygodni w przod, znaczy nie umre od razu. za to nagle zrobilo mi sie zle i spiaco i w ogole bue. a potem pojechalam do rodzicow Mrua do domku w samym srodku niczego. i tam moj wirusik przemutowal sie na permanentna sraczke ze wzdeciem do tego stopnia, ze mialam ochote usiasc na bloku lodowym po kazdej wizycie w kibelku. do zestawu dzwiekowo (uokurwamac sie dzialo) zapachowego (ja nic nie czulam, bo dzieki bozi mialam ciagle jeszcze totalny katar), co przy potencjalnych tesciach, dla ktorych probuje byc delikatna lelija i w ogole rusalka i wspanialy material na matke ich wnuczat…. tak. zrobilam to. pograzylam sie totalnie :) poszlismy z Mruem na 5 minutowy spacerek, bo na dluzej bez rolki papieru i patyka w zebach sie nie dalo… wracamy sobie, patrze o, pomieszczenia gospodarcze. i trybiki mi pracuja… tam jest kibelek… nikt mi nie bedzie wchodzil, sluchal (lub probowal wyprzec) jak wzbogacam powietrze, wstrzymywal oddechu przy przechodzeniu obok lazienki. pojde sobie i bede sobie siedziec dopoki mi nie ulzy. napomnialam Mrua, ze zycze sobie swietego kurwa spokoju i poszlam. po 10 minutach mi sie znudzilo i postanowilam, ze to juz. i co? chuja tam juz. drzwi byly zatrzasniete. nie pomoglo plaskanie cielskiem w nie (zreszta staralam sie plaskac delikatnie, zeby ze sciana nie wypasc). nie pomoglo sprytne kopanie buciorem w luzniejsze czesci. nic. pukalam sobie, walilam, krzyczec nie moglam (gardlo, pamietacie?). po jakichs 10-20 minutach przyszedl zdziwiony Mru, po to, zeby uslyszec, ze sie zatrzasnelam i ze mi sie nudzi. no i co? i mnie razem z tata swoim wydobyli, dali papierosa i generalnie starali sie kurtuazyjnie nie rechotac przez reszte wieczoru, bo i tak bylam w oplakanym stanie. dosc dodac, ze sraczka przeszla mi dopiero w warszawie, w ostatnim dniu rzeczonego urlopu… za to impreza byla huczna, gralam na WII i gralam w Guitar Hero i w SingStara or somfink i w ogole.
Dodam jeszcze, ze w czasie urlopu Mru bardzo kaszlal i mial podobne objawy do mnie. za to w drodze z samolotu do domu slanial sie i usypial, co zaowocowalo przemutowaniem wirusika dnia nastepnego… :>
Coraz powazniej mysle o odejsciu z choru. bardzo mi sie polityka braku informacji nie podoba. szkoda, bo kocham to na tyle, ze sciska mnie w gardle, gdy pomysle ze juz nigdy tego wiecej nie zrobie. ale mysle, ze byl to etap i on sie skonczyl i sztuczne przedluzanie go ma coraz mniejszy sens. bo mnie mozna ruchac w pupe o ile mi to sprawia przyjemnosc. a sprawia coraz krotsza i mniejsza. wiec znowu na horyzoncie jawi sie wizja domku w zapizdzialej dziurze z osobnym osiatkowanym ogrodem dla kotow i hustawka z opony zawieszonej na drzewie.

