MagDee’s World


Archive for May, 2007

ponad rok szczescia

nie chcialam mieszac takiego waznego wpisu z wpisem o gejubisiach. a wczoraj zdarzylo sie cos bardzo waznego. osobiscie slyszalam klikniecie (o ile to nie bylo moje kolano) licznika, ktory sie przekrecal.

albowiem, albowiem. 28go maja rok temu czekalam na mezczyzne, ktory mial wywrocic moje zycie do gory nogami, sprawic, ze bede porzadna, zorganizowana, dorosla, gotowa do zycia rodzinnego. balam sie tego potwornie. na szczescie nic podobnego sie nie stalo :) dalej wydaje pieniadze, ktorych nie mam, mam tygodniowa bielizne walajaca sie po dywanie, burdel w papierach i zdanie o dzieciach znacznie gorsze niz zdanie o psach. za to zdanie o mieszkaniu wspolnie z kims i dzielenie loza, strawy i wydatkow mi sie zdecydowanie poprawilo. jest prawda to, ze jesli sie trafi na odpowiednia osobe przejscie ze stanu single do stanu zajetego nie stanowi problemu. ani przejscie na monogamie umyslowa i cielesna.

tu mial nastapic linkowy wynik moich ostatnich przegladan bizuterii okazyjnej, ale uznalam ze bylby to zbyt grubymi nicmi szyty hint, wiec jesli dziewczyny szukacie to najsympatyczniejsze modele zaposiadam, moge emailnac. moja psiapsiola mi sie zwierzyla, ze byc moze sie zaslubi. ale nie zareczy. musze ja przekonac, z jak sie robic cos raz w zyciu zamierza to warto jednak zrobic to porzadnie.

z pierdolek: dzisiaj sie nie moge obudzic, znaczy sie jakies solidne zdrowienie nastepywa w rozklekotanym stawie. i dobrze. orewuar, ide drzemac :)


gejowo teletubisiowo

zaczynam sie obawiac rozmawiac z wlasnym ojcem. odkad przyjechalam i sobie uskuteczniamy przemile pogawedki w drodze do i z kliniki, to tematy poruszane przez nas podstepnie sa podchwycane przez reszte swiata. nie dalej jak tydzien temu rozmawialismy o teletubisiach, ze dzieci zafascynowane, ze w irlandii to takie fajne i duzo a tu juz dzisiaj w wiadomosciach, LINK.

Strach sie bac. RMF zrobilo jazde i przyjmuje smsy od ludzi na temat podejrzen o brak moralnosci w innych bajkkach. no i naturalnie, Bolek i Lolek, Kubus Puchatek wioda prym. ciekawe, ze nikt nie wpadl na “O dwoch takich co ukradli ksiezyc”… zeby sie zapewne moc kazirodczo bzykac romantycznie w jego swietle. ale tego nawet RMF nie wypusci na antene.

Jedno jest pewne, dawno sie tak nie usmialam. I sadze, ze najzabawniejszy jest poziom abstrakcji… ze to NIE jest jedna osoba moherowa albo kolko szydelkujace z Pcimia Dolnego (przepraszam mieszkancow), tylko jest to jazda na poziomie rzadowym.

az szkoda, ze smiechem w polsce wybucha sie glownie rechoczaco-gorzkim, a nie radosnie entuzjastycznym.

a moje dwie dziurki w kolanie maja sie dobrze, dzisiaj je widzialam przy zmianie opatrunku (platnej, o czym niestety zapomniano mnie poinformowac wczesniej). a opatrunek tez ladny dostalam. dwa plasterki takie foliowe ze moge sobie isc z nimi pod prysznic. i chwala bobu, bo przy panujacej temperaturze najchetniej bym sie zanurzyla cala i oddychala dziurka w dupce.

poniedzialkowe achu… um… aHOJ!


pooperacyjnie

no dobra. juz pisze. mimo, ze nie mam najzupelniej na swiecie ochoty przynosic blogowi zlych wiesci. chcialabym, zeby byl ciety, dowcipny, zlosliwy i rechoczacy, tak jak kiedys planowalam. ale sie porobilo jakos tak no.

pisze, bo wiem, ze niektorzy czekaja na wiesci ode mnie. a niektorzy, ktorych bym w zyciu nie typowala, zupelnie nie czekaja, zbyt zajeci wlasnymi sprawami by przeczytac i zapamietac glowne gwozdzie do mojej trumny. trudno, to tylko pomaga nabrac dystansu.

generalnie. klinika calkiem fajna, oczywiscie dostalam pokoj z facetem, bo zabraklo. facet wychodzil tego dnia, ale musialam sie przebierac w przezroczyste majtaski i koszulinke z prasowanej waty przy facecie, ktory gdyby nie mial bokserek li i jedynie na sobie, to na pewno mialby dres. facecie, ktory zapalil w pokoju szpitalnym przy dziewczynie, ktora za godzine miala miec operacje (no przy mnie no). mialam tylko nadzieje, ze wyjdzie zanim ja pojade na sale, zebym mogla pilnowac laptopa, komorek i portfela, bo jakos nie wierze, ze bym je zastala po powrocie, gdyby on wychodzil po mnie. ale udalo sie, odebrala go zatroskana mamusia siegajaca mu do pasa.

pokrotce. dalam sie pani anestezjolog namowic na znieczulenie zewnatrzoponowe, w sensie ze mialam sie nie czuc od pasa w dol. kazalam sie najpierw sloniowa dawka znieczulic na fakt, ze ktos mi ma kluc plecy, a potem odkrylam, ze to znieczulenie jest git :) zjechalam reka (chyba juz po operacji) sie podrapac w  brzuch i bylam pewna ze ponizej mam derme taka jak obijaja lezanki, taka gladka i chlodna. a potem zjechalam nizej i odkrylam, ze na tej dermie sa moje wlasne majtki jednorazowe. i ze to bylam ja taka chlodna i nieswoja. niesamowite uczucie. no i fakt, ze 3 godziny na stole wydawaly mi sie parunastominutowymi przygotowaniami do samej operacji hyhy. no a potem juz z gorki. na pooperacyjna, na sale, lezec, spac. odkrylam, ze z opatrunku wyziera mi rureczka i piersioweczka sie majta na bandazu, w ktora sie ciurczyly niepotrzebne mojemu kolanku plyny.

podskakiwalam sobie ladnie do kibelka i z powrotem i od czasu do czasu witalam radosnie kroploweczke z plynem przeciwbolowym. oczywiscie starannie przygotowywany laptop z simdata i komoreczka okazal sie zbedny tego dnia, albowiem zapomnialam kodu PIN do simdaty. cala ja. rano sie obudzilam i naturalnie, dokwaterowali mi kolejnego faceta. ale sie nie zmartwilam, bo mi powiedzieli ,ze moge sobie wykustykac w pizdu, juz mnie nie chca i mojego marudzenia. i dobrze, bo tam w nocy komary wlatywaly.

a potem przyszedl pan doktor, ktory mnie operowal i powiedzial, ze sie nie udalo przesunac pozostalosci rzepki na miejsce, dalej lata po zewnetrznej stronie kolana zamiast na srodku. i ze chrzastki nie mam juz od dawna, tylko wyzlobiona kraterowato resztke kosci. teraz jest niewielka szansa, ze bedzie dobrze, spora szansa, ze po jakims czasie bol wroci i jakas szansa, ze w ogole nie bedzie lepiej i ze czeka mnie mocno skomplikowane psucie kolana z przesuwaniem guzolkow kostnych i innych rzeczy, o ktorych nie chce miec bladego pojecia.

na razie leze i czekam az moje dziury kolanowe sie zagoja, w poniedzialek jade na sprawdzenie i zmiane opatrunku, a za 10 dni na zdjecie szwow i program rehabilitacyjny.

moja mama przechodzi kolejny regres, ktory zabija jakakolwiek nadzieje, ze bedzie kiedykolwiek miala sile walczyc o samodzielnosc. i tak sobie zycie plynie.

tymczasem.


chuj w dupe, po prostu wielki chuj w dupe

wczoraj zamierzalam napisac na bloga. zamierzalam napisac, ze generalnie zycie nie jest zle, mama poszla po usilnych staraniach i argumentach finansowych do kliniki na rehabilitacje, dajac tacie troche czasu na ulozenie spraw biznesowych, ktore kulaly jakis rok temu, teraz natomiast czolgaja sie po drucie kolczastym. ja mam jechac do polski za tydzien, nie jest zle, moze sie okaze ze moge chodzic na tyle szybko zebym mogla cos porobic w domu, odgruzowac cos z wlasnych pozostawionych rzeczy, ze jest mi dobrze, koty sa urocze a Mru cudowny..

niestety, nie zrobilam tego wczoraj. a dzisiaj rano dostalam smsa, ze ukradziono tacie samochod. samochod, ktory kupilismy chyba niecaly miesiac temu po tym, jak rozlecial sie doszczetnie poprzedni gruchot. nie, zeby to byl maybach, ten nowy aut. stara biala corsa bodajze. niemniej jednak swoje kosztowala (co to za cholerny kraj, swoja droga, ze samochod “do jezdzenia” kosztuje ponad 2 pensje miesieczne) i dawala rodzicom mobilnosc potrzebna do rehabilitacji mamowej i prowadzenia interesu przez tate.

jest mocno nikla szansa, ze zlodziej czyta blogi w wolnym czasie, a nie obserwuje inne samochody, ktorymi woza sie inwalidzi, zeby je sobie ukrasc dla sportu. dlatego i tylko dlatego podaruje sobie gorzka wiazanke niewybrednych inwektyw w strone rzeczonego.

wolalabym dac gnojowi kase, ktora byla za samochod zaplacona niz sam ten samochod.

oczywiscie auto od kradziezy ubezpieczone nie bylo, jako ze zdecydowanie ponad 10letnie.

czy istnieje juz opatentowany syndrom Hioba? bo naprawde nie wiem, co innego.

psia kurwa kosc.