no dobra. juz pisze. mimo, ze nie mam najzupelniej na swiecie ochoty przynosic blogowi zlych wiesci. chcialabym, zeby byl ciety, dowcipny, zlosliwy i rechoczacy, tak jak kiedys planowalam. ale sie porobilo jakos tak no.
pisze, bo wiem, ze niektorzy czekaja na wiesci ode mnie. a niektorzy, ktorych bym w zyciu nie typowala, zupelnie nie czekaja, zbyt zajeci wlasnymi sprawami by przeczytac i zapamietac glowne gwozdzie do mojej trumny. trudno, to tylko pomaga nabrac dystansu.
generalnie. klinika calkiem fajna, oczywiscie dostalam pokoj z facetem, bo zabraklo. facet wychodzil tego dnia, ale musialam sie przebierac w przezroczyste majtaski i koszulinke z prasowanej waty przy facecie, ktory gdyby nie mial bokserek li i jedynie na sobie, to na pewno mialby dres. facecie, ktory zapalil w pokoju szpitalnym przy dziewczynie, ktora za godzine miala miec operacje (no przy mnie no). mialam tylko nadzieje, ze wyjdzie zanim ja pojade na sale, zebym mogla pilnowac laptopa, komorek i portfela, bo jakos nie wierze, ze bym je zastala po powrocie, gdyby on wychodzil po mnie. ale udalo sie, odebrala go zatroskana mamusia siegajaca mu do pasa.
pokrotce. dalam sie pani anestezjolog namowic na znieczulenie zewnatrzoponowe, w sensie ze mialam sie nie czuc od pasa w dol. kazalam sie najpierw sloniowa dawka znieczulic na fakt, ze ktos mi ma kluc plecy, a potem odkrylam, ze to znieczulenie jest git :) zjechalam reka (chyba juz po operacji) sie podrapac w brzuch i bylam pewna ze ponizej mam derme taka jak obijaja lezanki, taka gladka i chlodna. a potem zjechalam nizej i odkrylam, ze na tej dermie sa moje wlasne majtki jednorazowe. i ze to bylam ja taka chlodna i nieswoja. niesamowite uczucie. no i fakt, ze 3 godziny na stole wydawaly mi sie parunastominutowymi przygotowaniami do samej operacji hyhy. no a potem juz z gorki. na pooperacyjna, na sale, lezec, spac. odkrylam, ze z opatrunku wyziera mi rureczka i piersioweczka sie majta na bandazu, w ktora sie ciurczyly niepotrzebne mojemu kolanku plyny.
podskakiwalam sobie ladnie do kibelka i z powrotem i od czasu do czasu witalam radosnie kroploweczke z plynem przeciwbolowym. oczywiscie starannie przygotowywany laptop z simdata i komoreczka okazal sie zbedny tego dnia, albowiem zapomnialam kodu PIN do simdaty. cala ja. rano sie obudzilam i naturalnie, dokwaterowali mi kolejnego faceta. ale sie nie zmartwilam, bo mi powiedzieli ,ze moge sobie wykustykac w pizdu, juz mnie nie chca i mojego marudzenia. i dobrze, bo tam w nocy komary wlatywaly.
a potem przyszedl pan doktor, ktory mnie operowal i powiedzial, ze sie nie udalo przesunac pozostalosci rzepki na miejsce, dalej lata po zewnetrznej stronie kolana zamiast na srodku. i ze chrzastki nie mam juz od dawna, tylko wyzlobiona kraterowato resztke kosci. teraz jest niewielka szansa, ze bedzie dobrze, spora szansa, ze po jakims czasie bol wroci i jakas szansa, ze w ogole nie bedzie lepiej i ze czeka mnie mocno skomplikowane psucie kolana z przesuwaniem guzolkow kostnych i innych rzeczy, o ktorych nie chce miec bladego pojecia.
na razie leze i czekam az moje dziury kolanowe sie zagoja, w poniedzialek jade na sprawdzenie i zmiane opatrunku, a za 10 dni na zdjecie szwow i program rehabilitacyjny.
moja mama przechodzi kolejny regres, ktory zabija jakakolwiek nadzieje, ze bedzie kiedykolwiek miala sile walczyc o samodzielnosc. i tak sobie zycie plynie.
tymczasem.