czy bedzie duzym zaskoczeniem, jesli zaczne wpis od stalego “no to sie porobilo” tudziez “dawno nie pisalam, drogi pamietniczku” i tak dalej. ale bo sie duzo dzialo a ze ja jestem bardzo leniwa…
no to lecim na szczecin. a tak naprawde to na Krakow. bilet do .pl zarezerwowany, wykupiony, okupiony krwia i praca. ano, szef mnie wzial i zwolnil. nie dosc, ze to bylo moje pierwsze zwolnienie takie “no to konczymy, zapakuj swoje rzeczy i idz pa”, to jeszcze zupelnie bezsensownie, bo szef okazalo sie obrazil ze jednak jade na operacje. bo on jednak bedzie bardzo zajety i to jest zly czas. i on jednak nie jest “OK” z ta cala sprawa i nie zamierza mnie puscic nawet na urlop bezplatny, nawet jesli bede wiekszosc swojej pracy wykonywac z domu (co wczesniej bylo wstepnie uzgodnione). postanowil sobie szybko przez ten miesiac wyszkolic kogos nowego (hy hy, po tym jak mu tradycyjnie cale biuro zorganizowalam i uporzadkowalam), a ja moge sobie isc w pizdu, poniewaz jako ze jestem na okresie probnym to mi nawet 4 tygodnie wypowiedzenia nie przysluguja. wstyd, panie Marku.
tak, ze z milego 4 tygodniowego platnego chorobowego zrobilo mi sie nieplatne 2 miesiace prawie.
ale nie bylabym soba, gdybym czegos nie kombinowala. jasne, chetnie bym sobie przesiedziala w domu 3 tygodnie a potem w polsce kolejny miesiaczek. tylko ze zostawienie Mrua w pozycji jedynego zywiciela rodziny byloby mocno nie fair w momencie, kiedy mam jakis wybor. no wiec postanowilam odkryc swiat dla mnie nieznany. swiat Pracy Tymczasowej. w .ie kiedy ktos jest chory/idzie na macierzynskie/wykonuje prace, ktora raz wykonana nie musi byc powtarzana dlugo dlugo, zatrudnia sie go na dluzszy lub krotszy kontrakt. i tak, zaczynajac od piatku przez te dni pozostajace do mojego wyjazdu pracuje sobie w jednej z najwiekszych w europie firm drukarskich. w cichutkim malutkim biurze dublinskim nie dzieje sie nic, stad wlasnie dlugi wpis hyhyhyh, a co najwazniejsze, poniewaz mam tu byc tylko te pare tygodni, nikt nie oczekuje ode mnie wiecej niz siedzenia odbierania kilku telefonow dziennie i koordynowania lotow dla szefostwa. a lataja w te i wewte, trzeba przyznac. a jak wroce z .pl to tez sobie jakas taka tymczasowa prace znajde, albo nawet kilka po kolei i bede miala czas poszukac porzadnie pracy, ktora naprawde chcialabym wykonywac na stale. na razie przekazalam agencji, ze tutejsza praca tez bylabym zainteresowana na stale i jestem gotowa zrobic z tej okazji kurs francuskiego (wymagany do wykonywania pracy, panowie maja duzo fabryk i tak dalej we francji wlasnie). wtedy jednoczesnie pracowalabym sobie w spokojnym miejscu i uczyla sie jezyka, ktory zawsze chcialam umiec, tylko mi sie nie chcialo :)
czy to wyjdzie, czy tez nie, bede zadowolona. nie jest to najgorszy scenariusz. nie jest tez najlepszy, ale coz. klatwa rodzinna sie za mna wlecze.
zdrowotnie – czekam na te operacje i powoli dostaje sraczki z nerwow, co oni w tym kolanie znajda i czy bede mogla wrocic do zycia zaraz po zabiegu.
dodatkowo w sobote Mru znalazal w zgieciu lewego kolana u mnie zylaka. taka kuleczke, cholera. i teraz nie wiem co sie z tym robi. czeka az urosnie wiecej i zamraza czy co. nie byloby to az takie potworne, ale od zawsze jestem przewrazliwiona na punkcie swoich zyl i nawet wspomnienie o takim zylaku powoduje ze robi mi sie slabo. bu.
z rzeczy niezwiazanych – uwielbiam, kiedy koty zasypiajac robia sie plaskate takie, na mordach tez. kotek wyglada wtedy na polplynna usmiechnieta kupe futra :)
a. na komputerze w nowej pracy znalazlam plik tekstowy z zapisanymi dwiema wiadomosciami z automatycznej sekretarki, polecajacymi dosc niewysszukanie mojemu szefowi terapie psychiatryczna oraz wyrazajacymi obawe o stan ducha jego zony. dzisiaj zadzwonil telefon, gdzie pani histerycznie zadala, zebym juz nigdy nie bookowala lotow dla jej meza o 4 rano, bo co kurwa. poniedzialek :)
tak podczytalam ten wpis i jest potwornie nudny. pozniej sie moze bardziej postaram. a moze nie :)