MagDee’s World


Archive for April, 2007

miszmasz konkretny

czy bedzie duzym zaskoczeniem, jesli zaczne wpis od stalego “no to sie porobilo” tudziez “dawno nie pisalam, drogi pamietniczku” i tak dalej. ale bo sie duzo dzialo a ze ja jestem bardzo leniwa…

no to lecim na szczecin. a tak naprawde to na Krakow. bilet do .pl zarezerwowany, wykupiony, okupiony krwia i praca. ano, szef mnie wzial i zwolnil. nie dosc, ze to bylo moje pierwsze zwolnienie takie “no to konczymy, zapakuj swoje rzeczy i idz pa”, to jeszcze zupelnie bezsensownie, bo szef okazalo sie obrazil ze jednak jade na operacje. bo on jednak bedzie bardzo zajety i to jest zly czas. i on jednak nie jest “OK” z ta cala sprawa i nie zamierza mnie puscic nawet na urlop bezplatny, nawet jesli bede wiekszosc swojej pracy wykonywac z domu (co wczesniej bylo wstepnie uzgodnione). postanowil sobie szybko przez ten miesiac wyszkolic kogos nowego (hy hy, po tym jak mu tradycyjnie cale biuro zorganizowalam i uporzadkowalam), a ja moge sobie isc w pizdu, poniewaz jako ze jestem na okresie probnym to mi nawet 4 tygodnie wypowiedzenia nie przysluguja. wstyd, panie Marku.

tak, ze z milego 4 tygodniowego platnego chorobowego zrobilo mi sie nieplatne 2 miesiace prawie.

ale nie bylabym soba, gdybym czegos nie kombinowala. jasne, chetnie bym sobie przesiedziala w domu 3 tygodnie a potem w polsce kolejny miesiaczek. tylko ze zostawienie Mrua w pozycji jedynego zywiciela rodziny byloby mocno nie fair w momencie, kiedy mam jakis wybor. no wiec postanowilam odkryc swiat dla mnie nieznany. swiat Pracy Tymczasowej. w .ie kiedy ktos jest chory/idzie na macierzynskie/wykonuje prace, ktora raz wykonana nie musi byc powtarzana dlugo dlugo, zatrudnia sie go na dluzszy lub krotszy kontrakt. i tak, zaczynajac od piatku przez te dni pozostajace do mojego wyjazdu pracuje sobie w jednej z najwiekszych w europie firm drukarskich. w cichutkim malutkim biurze dublinskim nie dzieje sie nic, stad wlasnie dlugi wpis hyhyhyh, a co najwazniejsze, poniewaz mam tu byc tylko te pare tygodni, nikt nie oczekuje ode mnie wiecej niz siedzenia odbierania kilku telefonow dziennie i koordynowania lotow dla szefostwa. a lataja w te i wewte, trzeba przyznac. a jak wroce z .pl to tez sobie jakas taka tymczasowa prace znajde, albo nawet kilka po kolei i bede miala czas poszukac porzadnie pracy, ktora naprawde chcialabym wykonywac na stale. na razie przekazalam agencji, ze tutejsza praca tez bylabym zainteresowana na stale i jestem gotowa zrobic z tej okazji kurs francuskiego (wymagany do wykonywania pracy, panowie maja duzo fabryk i tak dalej we francji wlasnie). wtedy jednoczesnie pracowalabym sobie w spokojnym miejscu i uczyla sie jezyka, ktory zawsze chcialam umiec, tylko mi sie nie chcialo :)

czy to wyjdzie, czy tez nie, bede zadowolona. nie jest to najgorszy scenariusz. nie jest tez najlepszy, ale coz. klatwa rodzinna sie za mna wlecze.

zdrowotnie – czekam na te operacje i powoli dostaje sraczki z nerwow, co oni w tym kolanie znajda i czy bede mogla wrocic do zycia zaraz po zabiegu.

dodatkowo w sobote Mru znalazal w zgieciu lewego kolana u mnie zylaka. taka kuleczke, cholera. i teraz nie wiem co sie  z tym robi. czeka az urosnie wiecej i zamraza czy co. nie byloby to az takie potworne, ale od zawsze jestem przewrazliwiona na punkcie swoich zyl i nawet wspomnienie o takim zylaku powoduje ze robi mi sie slabo. bu.

z rzeczy niezwiazanych – uwielbiam, kiedy koty zasypiajac robia sie plaskate takie, na mordach tez. kotek wyglada wtedy na polplynna usmiechnieta kupe futra :)

a. na komputerze w nowej pracy znalazlam plik tekstowy z zapisanymi dwiema wiadomosciami z automatycznej sekretarki, polecajacymi dosc niewysszukanie mojemu szefowi terapie psychiatryczna oraz wyrazajacymi obawe o stan ducha jego zony. dzisiaj zadzwonil telefon, gdzie pani histerycznie zadala, zebym juz nigdy nie bookowala lotow dla jej meza o 4 rano, bo co kurwa. poniedzialek :)

tak podczytalam ten wpis i jest potwornie nudny. pozniej sie moze bardziej postaram. a moze nie :)


nie ma tego dobrego…

co by na gorsze nie zeszlo. nowa praca jest przefajna, mala firemka, rozwijamy sie i tak dalej. i oczywiscie okazalo sie byc bledem to, ze nie poszlam do duzej korporacji. tam by nikomu nie przeszkadzalo, ze nie bedzie mnie miesiac w pracy. a tu przeszkadza. ja to w zupelnosci rozumiem. duze projekty, a ja ledwo przeszkolona znikam i ktos musi mnie zastapic. tu niestety nastapilo nieporozumienie, poniewaz bylam zapewniona ze nie ma problemu, zebym pracowala z domu, jesli zajdzie potrzeba, stad nie sadzilam ze praca z domu w polsce bedzie niewygodna. okazuje sie, ze jednak tak, najprawdopodobniej beda musieli zatrudnic tymczasowa pomoc w czasie, gdy mnie nie bedzie, co oznacza, ze mnie nie beda placic w tym czasie. ale to nic, genetycznie mam zakodowane wpadanie w dlugi. a sytuacja finansowa jest nieciekawa, a jak widac nieprzewidziane okolicznosci w postaci braku miesiecznego wynagrodzenia moga sie przydarzyc latwiej niz sie wydaje. oj no dobra, nie sadze, zeby calkiem nic mi nie zaplacono, jakos sie tam z szefem poumawiam, porobie nadgodziny albo cos, ale nie jest to bezpieczna wysepka na oceanie niepewnosci, ze tak metaforycznie ujme. ale co tam. nosze swoje nazwisko, musze byc przygotowana na to, ze rodzinna klatwa mnie dosiegnie i nic, co mialo wszelkie szanse powodzenia sie nie uda bez walki, kompromisow i stresu. za to bede miala z glowy przylot do polski we wrzesniu, co ulatwi sprawe opieki nad kotami. no chyba ze cos mi odwali :)

jedyne co mnie przeraza to 3 tygodnie rozlaki z Mruem i to podwojnie, bo oprocz tego, ze ja bede tesknic i buczec to jeszcze bede wiedziala jak on sie martwi, kwoka moja i przez to bedzie jeszcze gorzej. a z drugiej strony przeciez nie chcialabym zeby sie NIE martwil. nie dogodzisz.

dietetycznie jak zwykle daje dupy, w sensie po wyjsciu z I fazy rozzarlam sie lekko i nie moge sie zmusic do powrotu do tej I fazy. codziennie mowie sobie, ze od jutra blablabla. kop w gruba dupe bylby jak najbardziej wskazany. choc i tak nie pomoze, bylam dzielna 2 tygodnie i wiem ze potrafie, a jeszcze bardziej wiem ze musze. od dzisiaj wiec powrot do fazy I zupelny i niewazne, ile dobrych rzeczy zostalo w lodowce (na przyklad spaghetti mi zostalo z wczoraj). Mru sobie zje. Ta operacja na kolano bedzie okupiona takim stresem i kosztami, ze bylabym idiotka, gdybym nie zrobila wszystkiego, zeby zapewnic sobie jak najlepszy jej wynik.

jest poniedzialek, wiec zabawnych historyjek nie bedzie. o.


brakuje mi…

- odrobiny samotnosci. odzywa sie we mnie cos co by chcialo powloczyc sie bez celu po domu albo potanczyc do glosnych lat 80tych w kuchni bez asysty.

- kumpeli. kogos do kogo mozna sie wprosic w razie klotni z bojfrendem na wino i fajke, poskarzyc, ponarzekac i obgadac. najlepiej, zeby byla sasiadka i miala meza marynarza :> (zeby tez mogla narzekac a zeby go ciagle nie bylo w domu).

- dystansu. placze sie w sprawy ludzi, ktorzy sa mi bliscy, mimo ze sa dorosli i powinni sobie radzic sami. to jest za duza odpowiedzialnosc dla mnie w tym momencie.

- czegos nieokreslonego zupelnie, ale bardzo uwierajacego od czasu do czasu. wolnosci? beztroski? nie wiem. chyba doroslam do poziomu, w ktorym mi niewygodnie.

no co. ja tez mam prawo do egzaltowanych i mirmilujacych wpisow.