ostatni dzien wolnosci wcale nie okazal sie byc ostatnim. tego dnia wieczorem zadzwonil moj szef przyszly i powiedzial zebym sobie nie przerywala nicnierobienia, albowiem on mnie nie bedzie potrzebowal az do piatku, bo ma glowe zawalona stosem pierdol, ktore musi pozalatwiac wiec zaczne prace od radosnych dwoch dni platnego urlopu. w piatek przyszlam sobie, moj szef i dwojka mlodych ludziow mnie przywitalo w zadellowanym biurze. pokazali mi moje biurko, mojego slicznego dellika Optiplex 746 i zaczeli gadac. i jak zaczeli gadac to do dzisiaj nie skonczyli :) fakt ze Ann widzialam przez 2 godziny bo aktualnie jest ona non stop u klienta, Richard od lat spiewa w chorze, nie gospelowym ale jednak, wiec nikt sie nie dziwi jak mowie ze moge potrzebowac wczesniej wyjsc zeby zdazyc na koncert.
wszyscy sa inteligentni, rzutcy i znaja sie na swojej pracy, sama przyjemnosc nawet sluchac jak im klikaja te klepki w mozgach. z szefem pojechalam wczoraj do nowego klienta zobaczyc jak wyglada rozmowa o tym czego klient potrzebuje i tak dalej. bardzo mi sie podobalo, tym bardziej ze mam wrazenie, ze czasem bede to tez robila. czyli moja niby praca biurowa zamienia sie w mocno urozmaicona bieganine :)
co mi sie bardzo przyda dietetycznie, albowiem stracilam odrobinke zapal. skonczylam 2 tygodniowa pierwsza faze diety, te restrykcyjna i juz widze, ze ja albo moge albo nie. nie umiem “rzadko”. znaczy to ze chyba bede przeplatala faze I z faza II. w sensie 2 tygodnie restrykcyjnej fazy, potem tydzien jedzenia jakichs weglowodanow i znow 2 tygodnie restrykcyjnej fazy. nie chce caly czas fazy I bo nie chce odzwyczaic organizmu od weglowodanow, bo zacznie reagowac na najmniejsza ilosc no i to chyba niezdrowe w ogole.
bylismy w sobote w Eddie Rockecie na salatce, ale pozarlam frytki tez no i w salatce jest drobniutko siekany bekonik… i tak polecialo. i dzisiaj efekt jest, waze 1.5kg wiecej niz w piatek. dlatego dzisiaj sobie chleptam herbatke z dziurawca i pokutuje za wlasne lakomstwo tak troszke pracujac.
oba kotki zrobily sie juz radosnie przytulne i “nasze”
http://picasaweb.google.com/satinee/Bawikotki
. nie boja sie, obrazaja za zrzucanie z kocyka spod ktorego sie wlasni zamierza wylezc, wlaza miedzy nas kiedy probujemy pogrzeszyc. jesli nie bede miala dzieci to wiecie kogo winic.
a propos dzieci, bylismy w sobote na imprezie urodzinowej Polci, corki Molikow (odsylacz do ich bloga w zakladkach). pamietam jeszcze jak spotkalam Karoline po raz pierwszy w Dublinie (ona wyjechala do .ie jeszcze przede mna) i Karolka radosnie oznajmila, ze jest w ciazy. dla mnie to w ogole kosmos byl wiec najpierw myslalam ze wpadla i ze nalezy wyrazy wspolczucia zlozyc a nie gratulacje :). Polcia jednak okazala sie byc chciana i probowana i jakos tak kontakt z Molikami od prawie 5 lat utrzymuje na poziomie, na jaki pozwala ich posiadanie rodziny a moje spiewanie.
w kazdym razie wroce do imprezy. albo najpierw do Karoliny, bo ona ma duza rodzine i ta rodzina sie pokazala na imprezie. jest ksiazkowym przykladem dobrej rodziny, w ktorej jest duzo szczesliwych i cieplych ludzi. i to owocuje. majac takie wzorce dzieciaki sie nie boja zakladac wlasnych rodzin wielodzietnych (podziwialam wlasnie juz-prawie-nie-pomarszczone tygodniowe niemowle, ktorego obecnosc nie zaklocila zabawy w najmniejszym stopniu). w ich towarzystwie czlowiek sie troche czuje, jakby byl bohaterem ksiazki Musierowicz.
a teraz do imprezy a w zasadzie przed impreza. poszlismy albowiem do dwoch duzych sklepow z zabawkami w centrum Dublina. i co widze? owszem zabawek jest multum. tylko ze jak sie tak dobrze przypatrzec to zabawek, ktore robia wiecej niz jedna rzecz (czyli pewnie nudza sie po minucie) jest niewiele. mnostwo jechania na marce, czyli “kup cokolwiek co ma znaczek Barbie”. skonczylo sie, ze uleglam pogloskom, ze Dora the Explorer jest Teletubisiami dzieci starszych aktualnie, takoz wiec wybralam komplet, ktory powinien sluzyc obu corkom i jednoczesnie rozwijac wyobraznie nieco bardziej niz Barbie z odlaczanymi stopami.
to jest jeden z powodow, dla ktorych chcialabym byc niepracujaca matka. znaczy nie na pelny etat. wolalabym moc robic z dzieckiem domki dla lalek z pudelek po butach i mebelki z pudelek po zapalkach. wiem ze bedzie trudno nie ulec latwosci kupienia gotowego pieknego pomalowanego domku dla barbie, ale ja dalej z rozrzewnieniem mysle o firankach robionych, malowaniu obrazkow ktore rzekomo wyswietlal malutki telewizorek…
to ja moze wroce do tej imprezy. jedzonko bylo na niej pyszne na tyle ze sie skusilam na kilka kesow ciasta i ze dwa ptysie z kremem, potem podano jeszcze pysznosci, ale po piwie i bombach kalorycznych czulam, ze jestem nie fair w stosunku do kolana i udalo mi sie odmowic. w kazdym razie bylam w kosmosie. zupelnie inni ludzie (bylismy z Mruem jedynymi bezdzietnymi stworami w pokoju), dzieci z wydzielonym miejscem gdzie mogly krzyczec, bawic sie i tak dalej, bylo przemilo popatrzec na zaufanie, jakie rodzice maja do innych rodzicow, ze w gronie zawsze znalazl sie rodzic (albo dziadek czy babcia), ktorzy interweniowali w przypadkach, wypadkach i upadkach pociech, albo dali sie zaprosic do tanca. popatrzec bylo przefajnie. gorzej z sluchaniem. ja, ktora slysze symultaniczne wycie choru gospelowego po dwoch godzinach nie dalam rady :) nie jestem przyzwyczajona do takiego rwetesu i bylam zmeczona jak po dluzszym czytaniu Jamesa Joyce’a.
ciesze sie jednak bardzo, ze mam mozliwosc wgladu w takie zycie i ze nie uciekam od tego z krzykiem, jestem w stanie przyjac do wiadomosci ze madra Natura wyposazajac mnie w dziecko wyposazy mnie takze w instynkty, ktore nie pozwola mi wystawic wyjca za okno i podpowiedza co z tym sie robi :) chwilowo moge sobie popatrzec z podziwem :)
no i znowu zrobilo sie tego pisania duzo. no nic :)