MagDee’s World


Archive for March, 2007

nowa praca, nowa Bozia

ostatni dzien wolnosci wcale nie okazal sie byc ostatnim. tego dnia wieczorem zadzwonil moj szef przyszly i powiedzial zebym sobie nie przerywala nicnierobienia, albowiem on mnie nie bedzie potrzebowal az do piatku, bo ma glowe zawalona stosem pierdol, ktore musi pozalatwiac wiec zaczne prace od radosnych dwoch dni platnego urlopu. w piatek przyszlam sobie, moj szef i dwojka mlodych ludziow mnie przywitalo w zadellowanym biurze. pokazali mi moje biurko, mojego slicznego dellika Optiplex 746 i zaczeli gadac. i jak zaczeli gadac to do dzisiaj nie skonczyli :) fakt ze Ann widzialam przez 2 godziny bo aktualnie jest ona non stop u klienta, Richard od lat spiewa w chorze, nie gospelowym ale jednak, wiec nikt sie nie dziwi jak mowie ze moge potrzebowac wczesniej wyjsc zeby zdazyc na koncert.

wszyscy sa inteligentni, rzutcy i znaja sie na swojej pracy, sama przyjemnosc nawet sluchac jak im klikaja te klepki w mozgach. z szefem pojechalam wczoraj do nowego klienta zobaczyc jak wyglada rozmowa o tym czego klient potrzebuje i tak dalej. bardzo mi sie podobalo, tym bardziej ze mam wrazenie, ze czasem bede to tez robila. czyli moja niby praca biurowa zamienia sie w mocno urozmaicona bieganine :)

co mi sie bardzo przyda dietetycznie, albowiem stracilam odrobinke zapal. skonczylam 2 tygodniowa pierwsza faze diety, te restrykcyjna i juz widze, ze ja albo moge albo nie. nie umiem “rzadko”. znaczy to ze chyba bede przeplatala faze I z faza II. w sensie 2 tygodnie restrykcyjnej fazy, potem tydzien jedzenia jakichs weglowodanow i znow 2 tygodnie restrykcyjnej fazy. nie chce caly czas fazy I bo nie chce odzwyczaic organizmu od weglowodanow, bo zacznie reagowac na najmniejsza ilosc no i to chyba niezdrowe w ogole.

bylismy w sobote w Eddie Rockecie na salatce, ale pozarlam frytki tez no i w salatce jest drobniutko siekany bekonik… i tak polecialo. i dzisiaj efekt jest, waze 1.5kg wiecej niz w piatek. dlatego dzisiaj sobie chleptam herbatke z dziurawca i pokutuje za wlasne lakomstwo tak troszke pracujac.

oba kotki zrobily sie juz radosnie przytulne i “nasze”

http://picasaweb.google.com/satinee/Bawikotki

. nie boja sie, obrazaja za zrzucanie z kocyka spod ktorego sie wlasni zamierza wylezc, wlaza miedzy nas kiedy probujemy pogrzeszyc. jesli nie bede miala dzieci to wiecie kogo winic.

a propos dzieci, bylismy w sobote na imprezie urodzinowej Polci, corki Molikow (odsylacz do ich bloga w zakladkach). pamietam jeszcze jak spotkalam Karoline po raz pierwszy w Dublinie (ona wyjechala do .ie jeszcze przede mna) i Karolka radosnie oznajmila, ze jest w ciazy. dla mnie to w ogole kosmos byl wiec najpierw myslalam ze wpadla i ze nalezy wyrazy wspolczucia zlozyc a nie gratulacje :). Polcia jednak okazala sie byc chciana i probowana i jakos tak kontakt z Molikami od prawie 5 lat utrzymuje na poziomie, na jaki pozwala ich posiadanie rodziny a moje spiewanie.

w kazdym razie wroce do imprezy. albo najpierw do Karoliny, bo ona ma duza rodzine i ta rodzina sie pokazala na imprezie. jest ksiazkowym przykladem dobrej rodziny, w ktorej jest duzo szczesliwych i cieplych ludzi. i to owocuje. majac takie wzorce dzieciaki sie nie boja zakladac wlasnych rodzin wielodzietnych (podziwialam wlasnie juz-prawie-nie-pomarszczone tygodniowe niemowle, ktorego obecnosc nie zaklocila zabawy w najmniejszym stopniu). w ich towarzystwie czlowiek sie troche czuje, jakby byl bohaterem ksiazki Musierowicz.

a teraz do imprezy a w zasadzie przed impreza. poszlismy albowiem do dwoch duzych sklepow z zabawkami w centrum Dublina. i co widze? owszem zabawek jest multum. tylko ze jak sie tak dobrze przypatrzec to zabawek, ktore robia wiecej niz jedna rzecz (czyli pewnie nudza sie po minucie) jest niewiele. mnostwo jechania na marce, czyli “kup cokolwiek co ma znaczek Barbie”. skonczylo sie, ze uleglam pogloskom, ze Dora the Explorer jest Teletubisiami dzieci starszych aktualnie, takoz wiec wybralam komplet, ktory powinien sluzyc obu corkom i jednoczesnie rozwijac wyobraznie nieco bardziej niz Barbie z odlaczanymi stopami.

to jest jeden z powodow, dla ktorych chcialabym byc niepracujaca matka. znaczy nie na pelny etat. wolalabym moc robic z dzieckiem domki dla lalek z pudelek po butach i mebelki z pudelek po zapalkach. wiem ze bedzie trudno nie ulec latwosci kupienia gotowego pieknego pomalowanego domku dla barbie, ale ja dalej z rozrzewnieniem mysle o firankach robionych, malowaniu obrazkow ktore rzekomo wyswietlal malutki telewizorek…

to ja moze wroce do tej imprezy. jedzonko bylo na niej pyszne na tyle ze sie skusilam na kilka kesow ciasta i ze dwa ptysie z kremem, potem podano jeszcze pysznosci, ale po piwie i bombach kalorycznych czulam, ze jestem nie fair w stosunku do kolana i udalo mi sie odmowic. w kazdym razie bylam w kosmosie. zupelnie inni ludzie (bylismy z Mruem jedynymi bezdzietnymi stworami w pokoju), dzieci z wydzielonym miejscem gdzie mogly krzyczec, bawic sie i tak dalej, bylo przemilo popatrzec na zaufanie, jakie rodzice maja do innych rodzicow, ze w gronie zawsze znalazl sie rodzic (albo dziadek czy babcia), ktorzy interweniowali w przypadkach, wypadkach i upadkach pociech, albo dali sie zaprosic do tanca. popatrzec bylo przefajnie. gorzej z sluchaniem. ja, ktora slysze symultaniczne wycie choru gospelowego po dwoch godzinach nie dalam rady :) nie jestem przyzwyczajona do takiego rwetesu i bylam zmeczona jak po dluzszym czytaniu Jamesa Joyce’a.

ciesze sie jednak bardzo, ze mam mozliwosc wgladu w takie zycie i ze nie uciekam od tego z krzykiem, jestem w stanie przyjac do wiadomosci ze madra Natura wyposazajac mnie w dziecko wyposazy mnie takze w instynkty, ktore nie pozwola mi wystawic wyjca za okno i podpowiedza co z tym sie robi :) chwilowo moge sobie popatrzec z podziwem :)

no i znowu zrobilo sie tego pisania duzo. no nic :)


ostatni dzien wolnosci

dzisiaj ostatni dzien mojego niepracowania. od jutra znowu w trybiki handlu wymiennego - ja daje czas i mozg a dostaje kilka cyferek na koncie. ale po kolei.

nie wspominalam albowiem o czyms co przejelo moje zycie i mam nadzieje szybko nie odda. jestem albowiem na diecie, co to sie South Beach nazywa. ja stosowalam sie do zalecen z TEJ stronki, jestem na jej forum (jest tam kilka moich przepisow dla nierobow) i chudne sobie zupelnie bez poczucia dyskomfortu, glodu i innych takich. i porazajaco szybko (od tygodnia jestem na tej diecie i spadlam 4.8kg). w kolejnej fazie tej diety nie bede juz tak szybko chudla, za to systematycznie. nie moge sie doczekac. zaczelam sobie myslec dosc butnie, ze bede mogla sobie jeszcze kiedys pobiegac, ze bede sie ubierac w normalnych sklepach nie tylko w rozciagliwe najwieksze rozmiary, ze nie bede sapac po wejsciu na drugie pietro i tak dalej. ot marzenia kobiety chorobliwie grubej. a motywacje mam, albowiem 23 maja mam miec zabieg na moje popsute biedne kolanko i cokolwiek mi tam zrobia ma szanse powodzenia i utrzymania sie tylko jesli kolano nie bedzie musialo unosic worow tluszczu. no wiec te wory tluszczu musza zniknac.

w niedziele poproszono mnie o spiewanie z chorem na mszy, bo nie ma wtedy tanczenia za duzo i w ogole. oczywiscie 30 sekund przed wyjsciem przed publicznosc poinformowano mnie, ze bede spiewac solowke. no i zaspiewalam. ponoc calkiem niezle, chor sie cieszyl jak glupi, a mnie glos siadl na caly wieczor. jednak 3 miesiace bez rozgrzewek glosowych nie zrobilo mi najlepiej. i mimo ze bylo fajnie choc zimno i w ogole mszy spiewac niespecjalnie lubie z wiadomych powodow (nie jestem wierzaca i nudzi mi sie tam), to moge spokojnie opoznic powrot do choru w jakimkolwiek stopniu do czasu poopearcyjnego.

jutro zaczynam nowa prace. wreszcie w moim sektorze, bo to IT jest, na 4 pietrze (po takich strychowych wysokich schodkach, psiakosc), tak ze sama sobie bede odpowiedzialna za wielkosc wyplaty. zobaczymy jak to wyjdzie, ale jestem pelna dobrych mysli. zreszta cokolwiek to bedzie to przez jakis czas bedzie to nowe i ciekawe i bede endzojowac. a potem najwyzej zmienie :)

kocham laptopa. kocham do bolu. aktualnie leze sobie we wlasnym lozeczku i klepie ten wpis. wczoraj gotowalam kolejna po-trawe i mialam irca pod okiem oraz muzyke w ucho. muzycznie byla to nowa Nelly Furtado, ktora bardzo polecam. dla mnie aktualnie utworem nr 1 jest Te Busqe czy cos takiego, ale u mnie to sie jak wiadomo zmienia dosc czesto.

z dodatkowych dzingli zamowilam sobie klawiature bezprzewodowa do komputerka z firmy… Ha. wlasnie ze nie Logitech. Logitech nie ma juz klawiatur normalnych bezprzewodowych z normalnym ukladem klawiszy Delete Insert i tak dalej. Delete zezarlo inserta i w ogole strzalki przez to wchodza tak troche na miejsce prawego Ctrl. no porazka. a chcialam taka laptopowata. DiNovo na przyklad. a kupilam za grosze Labtecowa sliczna malutka czarna i z myszka ktora co prawda daleko ma do Logitechowej (duuzo mniej klawiszkow) ale jest szansa, ze bedzie pasowac do mojej malutkiej dloni ( w Logitechowej te klawiszki byly, ale swoimi paroweczkami dosiegalam tylko 1/4 z nich…). zobaczymy, opiszemy.

nadszedl czas spojrzenia okiem troskliwym na Niuniusia. przydalyby mu sie dwie opony (bo powietrze schodzi tak troche), sprawdzenie elektryki (spalilo mi przednia lampe i rozladowywalo regularnie akumulator wiec na pewno cos jest nie tete), wymiana klockow hamulcowych z przodu (to zrobimy sami tylko kiedy kiedy kiedy) wymiana oleju i filtra (tak tak to powinnam byla rok temu zrobic ale nie chce duzo placic a nie wiem gdzie placic malo). jak ktos wie, zna jakiegos elektryka samochodowego i mechanika albo zaklad gdzie robia tanio i porzadnie niech da znac bo na razie metoda prob i bledow. w kazdym razie jak za wymiane klockow (z czesciami) mi zaspiewano 100 euro to sie popryskalam.

moja Matula jest dzielnym stworzeniem i ostatnio sama poczlapala do komputera napisac corci emaila. no niech juz bedzie stala pewniej na nogach.

za Tate trzymam kciuki w tym tygodniu specjalnie, juz on wie czemu :)

aha i chcialam powiedziec ze Picasa niestety do publikowania nefow (nikonowych formatow zdjec) nie jest dobra i albo bede patrzec za innym managerem albo bede musiala konwertowac na .jpg zanim nakarmie Picase. a teraz pozwolcie ze wroce do przerwanej drzemki :)


dlaczego u mnie zawsze wszystko hurtem?

po pierwsze musze sie pochwalic, ze ponizsza notke pisze z pierwszego mojego laptopa. bronilam sie przeciwko tym karakanom komputerowym jak widac dosc dlugo, ale nieskutecznie. no i mam sobie slicznego uzywanego (znaczy moge nim rzucac, odrapywac i w ogole traktowac po mojemu) IBM Thinkpada T30. musze przyznac, ze klawiatura laptokowa rowniez jest bardzo wygodna, jesli sie juz czlowiek przyzwyczai (czyli jeszcze nie). i cichutka. no ale otworzmy szafe i mowmy do rzeczy.
po pierwsze - wszystko dzieje sie przez koty. poprzednio jak koty jechaly na operacje to bardzo dziwny dzien to byl, obfitujacy w zdarzenia. i teraz tez… wczoraj (wtorek) koty mialy jechac na wyciaganie szwow. ale po kolei…
w poniedzialek, ostatni poniedzialek moich ciezkich robot dla owczesnej firmy, przyszla o 1 po poludniu dziewucha ze niby na trening. no to trenowalam. bardzo fajna, lotna, taka prawie Anne Marie. za dobra do tej roboty. ale ze ona swiezo po macierzynskim a firma mocno zdesperowana, pozwolili jej pracowac od 1 do 6. no to sobie trenowalysmy, mialysmy zostac po godzinach azeby jak najwiecej mogla moich sokow wycisnac poki jestem w firmie. traf niestety chcial, ze zaczelysmy rozmawiac. opowiedzialam jej radosnie ze w firmie nie placi sie za dni chorobowe, ze nie ma zadnych bonusow, ubezpieczen, emerytury, nic. lasia tylko co zdanie robila wieksze oczy po czym powiedziala ze no jak na prace za fyfyfyfy tysiecy rocznie to troche chujowe te warunki. na to ja sie ladnie i kolorowo spienilam, albowiem ja nie zarabiam rocznie fyfyfyfy. ja zarabiam duzo mniej niz fyfyfyfy. co oznaczalo ze ta glupia firma da nowej pizdeczce wiecej kasy niz ja zarabiam. Anne Marie tez zarabiala wiecej ode mnie. wiec w poniedzialek wieczorem sie powaznie zastanawialam czy wracac do tej glupiej firmy. ale wrocilam, bo jestem odpowiedzialna mloda osoba i skoro mam trenowac to bede trenowac…
wtorek. rano zagadalam z Bernie a ona mi ze po cichu mi powie ze ona tez zarabia tyle co Anne Marie (czyli wiecej ode mnie) i wtedy mnie jasny chuj strzelil i mi zamieszal blekit w glowie. tego bylo juz po prostu odrobinke za duzo. gotowalam sie tak do 2 po poludniu a kiedy o 2 nie bylo jezcze ciagle lasi do trenowania to sie wkurzylam zebralam wszystkie swoje wlosci do auta (ktore w drodze wyjatku moglam zaparkowac w pracy bo jeden koles nie przyszedl ten co MA miejsce parkingowe. akurat szlam sobie do auta gdy zauwazylam laseczke ktora wychodzi szybkim krokiem z firmy. nie zauwazyla mnie ale ja juz wiedzialam ze ona zdecydowanie nie bedzie juz wymagala mojego treningu. no wiec z lekkoscia na duszy pobieglam na gore przekazac Zicie ze odchodze z tej jebanej firmy wlasnie teraz i mam w nosie. ona zbladla jeszcz ebardziej (no tak, przeciez kilka minut temu sie dowiedziala ze jej nadzieja na przyszla mnie tez wyparowala) i poprosila zebym poczekala w sali konferencyjnej na SAMEGO SZEFA. przyszedl on pocac sie jak mysz i byl zalosny i zenujacy probujac jednoczesnie mnie obwinic oraz sprowokowac do pozostania w firmie, najlepiej na wieki wiekow amen. tak w skrocie. byl na tyle zalosny ze blagal mnie o pozostanie jeszcze o te 3 dni za dodatkowy bonus, i wtedy opuszcze firme na dobrych warunkach. powiedzialam mu ze nie bardzo widze dobre warunki jesli mi nie wynagrodzi jakichs 5 miesiecy bycia nieoplacana. no to chcial mi dac bonus za te trzy dni. poczekajcie…. skupcie sie… 300 euro :) powiedzialam mu ze to juz dawno wyszlo poza strefe pieniedzy i nie jestem zainteresowana. jesli zmienie zdanie dam mu znac. no tania dziwke jeszcze ze mnie zrobil. przeciez on tyle wydaje na lody dla dzieci w ciagu dnia.
no to sobie poszlam :)
wieczorem spedzilismy 45 minut lapiac te cholerne parowy kocie bo mamy je za inteligentne i w dodatku kamikaze. ale szwy wyciagal im pan przez jakies poltora minuty za to. parowy sa lekko lysawe ale zadowolone. dzisiaj Hania mi spala na cycach wkladajac na zmiane ucho i ogon do mojego nosa. coz. uroki posiadania szczesliwego kota. x2.
mam wiec teraz tak troszke bezplatny urlop, co sie przydalo bo moge sie zajac niuniusiem moim auteczkiem zaniedbanym w czasie zimy. niuniusiowi trzeba pare rzeczy wymienic, pare sprawdzic i bedzie jak calkiem dobrze dzialajacy niunius :)
z rzeczy nowych mru zrobil regal. sliczny regal jest on. a gdyby nie stal we wnece zabudowanej ktora go stabilizuje to moglby byc schodami :) nazwalismy go wersja beta.
przeszlam ponadto we wtorek na diete South Beach i szczesliwie po 2 dniach jestem najedzona, zadowolona i caly dzien czulam sie dzis jak jakas cholerna rusalka.
i tym optymistycznym akcentem sie zegnam albowiem laptop topi mi kosci udowe :)


w kwestii ukulturalnienia

w poniedzialek Mru zabral mnie do knajpy na kolacje. knajpa okazala sie byc z wloskim zarelkiem. co gorsza na trasie, ktora kiedys codziennie przejezdzalam do pracy, jakies 5 minut spacerkiem od miejsca gdzie kiedys mieszkalam.

i na pewno jeszcze tam wrocimy. jedzenie przepyszowywaste. a zeby nas zadowolic to sie trzeba postarac :) zjedlismy bruschetty na startery (grzanki pokryte przepysznie doprawiona kolderka z pomidorow z ziolami i z salatka obok). bardzo ladnie sie tym mozna naciumkac w oczekiwaniu na glowne danie, na ktore wcale tak dlugo nie czekalismy. Mru sobie wzial hm. Tagliatelle albo inne makaronstwo z zyjatkami morskimi i mowil ze wszystkie smakowaly swiezo i ze byly w pysznym sosie. Ja wzielam sobie cannelloni (oj no pisownia se moze byc glupia, ja nigdy nie wiem jak jest dobrze) i byly rowniez przefantastyczne. akurat sie mozna bylo najesc a nie zazrec. do nich byl wybor frytek (no ba. ciagle jestesmy w irlandii), ziemniaka pieczonego i salatki. mimo wielkiego samozaparcia nie umialam zamowic salatki i pochlonelam ziemniaka calkiem dobrego choc zupelnie nie pasujacego do reszty posilku. bylo wziac salate :). do tego napilismy sie domowego winka o zaskakujacej jak na sikacza mocy.

obsluga kelnerska bardzo sympatyczna, pani prawie namowila mnie na deser. widzialam pania obok ktora wciagala tiramisu… i juz sie nie moge doczekac az tam wrocimy i wtedy bede miala miejsce na deserek :)

 

z rzeczy mniej smakowitych - koty ostatnia wala tak smierdzace kupsztale ze mnie obudzily rano (spalam na kanapie sobie) smrodem niemozliwym do wytrzymania nawet pod kocem. NIGDY WIECEJ WHISKASA!

mam Sims pory roku. bardzo warto kupic. bardzo odswiezajaca gre nakladka. ciagle w fazie testow :)

a jesli waszym simsom brakuje urozmaicenia albo chcielibyscie pograc simem ktory wyglada DOKLADNIE jak Brad Pitt to zapraszam na www.modthesims2.com . tam ejst wszystko i wiecej. duzo modow (mnie wkurzalo krecenie sie przy przebieraniu. juz tego nie mam). jak cos to dawac znac, podrzuce kilka pomyslow.

sciagnelam sobie tez Ultime Online costam Legacy. dostalam konto w Mysterious World. bede probowac w to grac, skoro Tibia jest glupia. o.

Wybralam prace. bede pracowac we w polowie nowej roli Office Admino/New Business Developer. zaczynam 21.03. nie moge sie doczekac! w koncu ludzie ktorzy rozumieja ze komputer jest bardziej prywanty niz cipka. ze kwintesencja mojego jestestwa i warunkiem funkcjonowania jest posiadanie przeze mnie wybranych tapet i wygaszaczy oraz Themesow do firefoxa i innych.

a jesli mi sie nie spodoba… ostatnie szukanie pracy dowiodlo, ze ludzie bardziej chca mnie niz ja ich :) powiem wam… to zajebiscie przyjemne uczucie. tym bardziej, ze nie spedzilam fafnastu lat szkolac sie w czyms, nie mam tytulow i znaczkow firmowych. o.

wiecej potem :)


rok w domu minal jak tydzien

03.03 w nocy i nad ranem przeprowadzalam swoje rzeczy ciagle jeszcze w szoku po informacji ze Mama jest w spiaczce i ma szanse najwyzej na bycie warzywkiem. Tego ranka lecialam do Polski zeby byc moze pozegnac sie z Mama, jesli zdaze. bardzo nie lubilam swojego nowego domu, skrzetnie wybranego i wymarzonego z powodu komplikacji i wydatkow, jakie mnie z nim zwiazaly w momencie, gdy walil mi sie na glowe caly swiat. kiedy wracalam z Polski juz wiedzac, ze Mama bedzie zyla i ze moze ruszac polowa siebie i otworzylam drzwi zimnego ciemnego Domu, gdzie nie dzialala ciepla woda ani ogrzewanie ani nic, nadziei na to ze wszystko sie ulozy mialam niewiele. nie jestem cierpliwa i ciezko mi bylo ze swiadomoscia, ze na jakiekolwiek wyniki u Mamy trzeba bedzie czekac byc moze bardzo dlugo. ba. ciezko mi bylo doczekac do rana. ale pamietam, ze po ciemku chlipnawszy sobie ciezko kilkakrotnie i napisawszy lzawego smsa do Mrua zwinelam sie w nieobleczonej koldrze na kanapie i zasnelam brudna i padnieta od braku snu i ciagle jeszcze szoku. teraz, rok pozniej mieszkam w pieknym domu (tym samym hihi) z moim mezczyzna, posiadamy wspolnie dwa koty i plany (to ja) na przyszlosc. mama porusza nozyskami chyba sprawniej niz ja (oba kolana mam w strzepach jak wynika z ogledzin) a ostatnio dostalam od Taty filmik gdzie mama wykonuje pierwsze ruchy reka zginajac ja w lokciu.

z innych zmian - zrezygnowalam tymczasowo z choru, ktory byl przeciez calym moim zyciem. postanowilam nie wystawiac swojego zdrowia na szwank i dopoki nie doprowadze kolan i wagi do przyjmowalnego stanu nie bede sie kiwac na scenie. no trudno, najwyzej nie bede slawna :)

w kwestii pracy - mam juz zawezone do 2 ofert, z ktorych to bardziej ja bede wybierac niz mnie. ta architektka mnie bardzo chce, ale jest totalnie niepozbierana i nie ma zadnego planu, potrzebuje kogos kto ja uratuje przed codziennoscia prowadzenia firmy. obawiam sie ze bylabym jej pierwszym w zyciu pracownikiem. dzisiaj ma sie do mnie odezwac w kwestii jakiegos konkretniejszego planu i oferty dla mnie. a jesli nie to przyjme sliczna posadke sobie w spector.ie i bede macac nieznane mi tereny bycia oplacona na zasadzie commission (no procentu od biznesu no nie wiem jak sie to w polsce nazywa).

anyway - mimo wszystko to byl bardzo udany i obfity w doswiadczenia. duzo sie nauczylam (wlacznie z tym, ze kafelki na blacie kuchennym to sroga pomylka) i bardzo bym prosila Wielka Energie, zeby kolejny rok byl wyciszony i stabilny dla odmiany.