MagDee’s World


Archive for October, 2006

nadejszla wiekopomna chwila

nadejszla. i raduje sie nia stworzenie wszelakie. albowiem… albowiem…

ZNOWU MAM DOSTEP DO SIECI W PRACY!

laczy sie to z moja nieoczekiwana (i nieoplacona, poniewaz ciagle jeszcze nie minal moj okres probny, hue hue. jednak moja szefowa to genialny negocjator) promocja na glowe (i jedyny mozg) biura zwanego “podziemiami”. siedza se tu dwie sieroty (za 2 tygodnie dojdzie trzecia. szkotka dla odmiany. nastepny akcent dla mnie do opanowania, psia kostka). z tym ze jedna sierota (ja) mysli i po 3 miesiacach bezbolesnie zastapila Carle, ktora pracowala tu 4 lata oraz druga sierota. Bernie. Bernie jest starsza pania. Ma sztuczna szczeke, ktora jej mlaska, ma okulary, ma drepczacy chod kury domowej i stary telefon, ktory kladzie na lezaczku na biureczku. jednej rzeczy Bernie nie ma. mozgu. drepta tysiace razy dziennie do mojego biurka mlaskajac nerwowo szczeka z pytaniami, ktorych ja bym sie wstydzila po tygodniu pracy. dodac warto, ze Bernie pracuje tu jakies 6-7 miesiecy ……

wlasnie rzekla: MagDee, pokaze ci cos, w razie jakbys kiedys cos takiego chciala. To jest taki pokrowiec na telefon komorkowy, wiesz? (pokazuje mi takie czarne pseudoskorzane gowno o rozmiarze uniwersalnym)

no. i tak to wyglada z tej strony. ale lubie moja prace, uwielbiam fakt, ze nie ma w niej pomidora, tylko moja szefowa, ktora jest taka 100%biznes ze mam trudnosci wyobrazic ja sobie jak siedzi na kanapce, pije wino i NIE MA w okolicy zoltch post-it karteczek przyklejanych w tysiace miejsc.

kazalam sobie kupic myszke Logitech MX1000. dostalam. Zicie (tak ma na imie, Zita. ladnie, nie? jak pies) sie spodobalo ze nie ma kabelkow i kazala se tez zamowic tylko prostsze. no i dostala. Click Plus. jedna. a wczoraj kazala domowic druga. pewnie wezmie do domu :)

a moja Matula potrafi juz dodreptac z Tatkiem do komputera i przyznala sie, ze czytala bloga (przynajmniej ostatni wpis). na pewno nie znajdzie cierpliwosci, zeby przeczytac od poczatku, ale co tam. kocham ja i tak.

a dzisiaj przylatuja na krociutki urlopik w .ie znajomi z polszczy. wiec bedzie ogolne spotkanko przy piwie.

a ja w ogole padnieta jestem i nie wiem czemu. Mru tez tak ma. chyba pogoda jakos sie wzarla. no bo kurtki trzeba juz nosic codziennie, czasem pada i w ogole jest ciemnawo jak wstaje i ciemnawo jak wychodze z pracy. a Mru to juz w ogole wychodzi w ciemna noc.

a. i jest bank holiday weekend. znaczy 3 dni wolnego HA! i nic do roboty poza balem przebierancow w sobote. ide przebrana za “irish chick”. cala calutka na rozowo. w papciach i w rozowej peruce.

no to do nastepnego.


nadprogramowe sprawozdanie

ten odcinek dedykowany jest mojemu Mru. bo mnie zmusil cholernik do napisania. lazi za mna i kaze sie opisac. znaczy no. bo Mru wczoraj zrobil chleb. bialy, polski. do tego chleba Mru robil dlugo dlugo kwas. chlebowy. i bozia ma polski chlebek w irlandii i jak chce to bedzie jeszcze cieplutki jadla. i jest pyszny. teraz, skoro chlebek juz jest to bozi potrzebni sa w irlandii jeszcze tylko polscy lekarze i mechanicy samochodowi i juz bedzie mozna spedzac urlopy w LADNYCH miejscach.

a tak jeszcze z innych beczek - zaczela sie nasza trasa po irlandii. i mam duzo ladnych zdjec, albowiem Mru biegal po sali niczym pies meldunkowy z D200 i polowal na ladne ujecia. i po raz pierwszy nie zasypiam ze zmeczenia liczac podbrodki na fotkach z koncertow. ale bo tez “scena” byla dziwinie, bo bez podwyzszenia. wiec wszystkie fotki sa troche z gory. mniam. jak sie zbiore to dzisiaj wystawie je na stronie choru.

doniesienia z bytomia sa takie, ze Mama moja drepta sobie bez pomocy acz w towarzystwie, ze juz prawie sama wstaje, calkiem sama siada i w ogole zapierdziela po drodze ku ozdrowieniu jak spocony osiol.

siedzenie na stanowisku szefowej biura rulezuje. przenioslam sie ladnie na stare miejsce Carli i rzadze tym calym burdelikiem stamtad. jako jedno z pierwszych zarzadzen wydalam nakaz zaopatrzenia mnie w myszke Logitech MX1000. i zgodzili sie dusigroszki :) flat screeny dali sami z siebie, chwala im za to.

a jeszcze zamarudze ze w piatek normalie bylam w pracy, po czym do Naas gdzie mam z 45 minut autem jechalismy 2.5 godziny, bo jakas ciezarowka sie rozwalila i zakorkowala cala spora czesc miasta. podle. no. a po koncercie do domu i okazalo sie, ze kolezanka z choru zachorowala, wiec czy ja ja moge zastapic na slubie. w sensie spiewac za nia. no moge. fajnie. no to slub jest 2.5 godziny jazdy (po drugiej stronie irlandii) od dublina. no to na slub raniutko, odbebnic, a potem prosto do Naas na drugi koncert, potem do kolegi z choru na impreze na chwilke, zeby sie pokazac i obczaic jak mieszka hy hy.

no i tyle nowego u mnie. a co u was?


no i po urlopie. wreszcie odpoczne!

musze wam powiedziec, ze z ulga wrocilam z urlopu i nawet trasa koncertowa, ktora skonczy sie pod koniec grudnia nie jest mi straszna.

urlop albowiem szalenie meczacym byl. bo ja to nawet jak sama jezdzilam do polski na przeglady karoserii i podwozia oraz naoliwienie piwkiem zastanych stawow to nie mialam na nic czasu i wracalam z polowa taskow nie odhaczona. no a teraz… a teraz byl jeszcze Mru. nie nie, wcale nie byl czasochlonny ani nic (na przyklad w moim miescie spedzilismy 5 dni, a w jego 1.5 ….) ale i taaaak. za to oboje mamy zrobione przeglady techniczne, przywiezlismy polowe apteki, Mru otrzymal nowiutkie okulary oraz odebrano mu polowe wlosow (chyba to ja bardziej cierpialam jak pani fryzjerka mu je obcinala… jak sie patrzy na swojego duzego pana, ktory bez wiekszego wysilku lezac na plecach podnosi moj rozlozysty korpusik azeby go sobie wygodniej rozlac na klacie (komu szczotke do mozgu?), no, jak sie patrzy jak taki duzy pan idzie potulnie i z ponura rezygnacja rozstaje sie z kawalkiem swojej osoby…

poza tym widzialam moich rodzicow! i moja mama przeszla kilka krokow sama do mnie! i poszlismy do knajpy razem! co prawda narzekala ze jej niewygodnie, ze jej schody postawili i w ogole, ale na moj gust to ona popierdziela sprawniej niz ja miesiac temu, kiedy to sobie rozpizdzilam kolanko. no i w ogole Mru poznal moich rodzicow. i spalismy w lozku, ktore pamietam jak bylo ich malzenskim. lekka schiza ;)

a. no i gdziekolwiek nie bylismy (bo spalismy po znajomych, no ba. dziekujemy wszystkim, co to u nich pozostawialismy roznosci huehuehue) dostawalismy pojedyncza koldre. nie no, fajnie. na plasko na Mruach sie dalo ja polozyc. a bokami wialo. z jaka rozkosza zanurkowalismy w domu w 230×225cm kolderke ktora nam spadywa z lozka bokami to tylko my wiemy.

aha. i przytylam dosc powaznie. ale obzeralismy sie nieprzecietnie, bo wszystko takie dooobre i wewchuj tanie. a jeszcze i Linucha (poklony w strone torunia) pokazano mi i nakarmiono dzieki urzadzeniu zwanym raclette czy cus. takie co sie miesko na gorze grilluje i na dole sa lopatki na serek. takie gosciowe. i ja takie chce. zaraz po nozach w ludziku.

dzisiaj byl ostatni dzien pracy Carli, ktora byla glowa biura, w ktorym pracuje. znaczy od jutra mnie kopie w dupe awans metoda naturalna. jutro/pojutrze zamierzam rowniez isc do pani szefowej i ladnie powiedziec, ze skoro wykonuje prace Carli, to chce tez jej pensje. a jej pensja byla mniamusna. oczywiscie zabiora mi od niej troche wiecej podatku, ze niby bogata jestem (i to tylko dlatego, ze jestem niemezata. pff), ale mimo, ze placic podatek od bogactwa bede to i tak nie bedzie mnie stac razem z Mru na kupno domu. ani nawet porzadnego mieszkania. ani nic. niech ktos cos kurwa zrobi z tymi zawyzanymi cenami nieruchomosci, bo sie faktycznie zbierzemy i pojedziemy do Nowej Zelandii. i wtedy nici z choru.

a wlasnie. na stronce dublingospelchoir.com jak klikniecie w “order cd” sa kawalki piosenek. moja skromna osoba jest slyszalna chyba najbardziej w “Shake loose” albowiem spiewam tam partie solowe. w innych tyz, ale no. ta jest MOJA. no. a jak ktos chce to niech sobie zamowi cd.

info dla znajomych - mozna sobie zamowic u mnie albo przez stronke, bo normalnie w sklepach to beda dopiero w listopadzie ponoc.

LG chocolate - krotki review bo mialam w lapie. touchpad w telefonie jest pomyslem poronionym bardziej niz kapiel w oleju wymieszanym z chilli. jak mi kolezanka podawala do obejrzenia to zdazylam jej zmienic polowe opcji po prostu chwytajac telefon… juz lepiej trzeba bylo zrobic touchscreen a nie taka lipe. no i telefon, na ktorym widac kazdy odcisk palca i 2 dniowy telefon ma juz sporo rys (a jest noszony w sakieweczce specjalnej na sznureczek (sic!)) jest moim zdaniem zupelnie bezsensownym gadgetem. no i ma mp3 playera. huehuehue. 128mb pamieci i brak slota na karty pamieci. paszli z tym gowienkiem.

dobra, bo juz naprawde powinnam isc spac.

o tym ze bylismy w tesco i kupilismy duzo kosciotrupow to mowilam? nie? no to mowie. mniami. dobranoc.