MagDee’s World


Archive for August, 2006

ile osob slucha teraz Jamesa Morrissona?

z cyklu gadzeciarstwa wysnionego.

wielokrotnie sluchajac sobie jakiejs piosenki z gatunku “ciekawe, czy ktokolwiek inny na swiecie wie o tej kapeli” zastanawialam sie ile osob na calym swiecie (tu w wyobrazni pojawia sie widok Boskiej z gory gwaltownie uciekajacy w gore do momentu, gdy widac cala kule ziemska i chmurki) slucha tej samej piosenki co ja akurat w tym momencie. i tu pomysl. mogliby zrobic mp3 playery ktore laczylyby sie satelitarnie i podawaly sobie ile osob slucha piosenki o tej samej nazwie/wykonawcy/czasie trwania co ja. taki malutki pomysl, ktory pewnie jest rownie idiotyczny jak implanty/kolczyki, ktore zalozone na uszy mowia glosnikom umieszczonym co najmniej w 4 rogach pokoju o pozycji mojej glowy i sprawia, ze lewy staje sie prawym, jak sie odwroce, te graja ciszej jak podchodze, zeby niezaleznie od mojego polozenia w pokoju sygnal z glosnikow dochodzil taki sam. no dobra. prototypom pozwalam zamienic “taki sam” na “bardzo podobny” w natezeniu, ustawieniu L/R.  Mru, mozesz spokojnie nie pisac, jak bardzo to jest glupie i nieprzydatne oraz niewykonalne ;>


chwile, dla ktorych warto

… sluchac chrapania. isc na kompromisy. pozwalac komus uzywac kompa. i wanny. planowac wakacje, bo trzeba oboje zadowolic. i w ogole robic te rzeczy, ktore mnie odwiecznie upewnialy, ze posiadanie Significant Other jest bez sensu i po co w ogole.

dzisiaj Mru polecial do kraju innego. po reszte rzeczy (kompy!) i rower. zostalam slomiana wdowka.

wracam ci ja z pracy i zaraz musze jechac nagrywac do studia jakas tam poprawke. i co? wlaczam kompa na chwilke. a jako tapetka ustawione czarne tlo i zielonym Mruowym kolorem napisano po prawej stronie ekranu “kochu!!!!!!”

no zez wzrusz na miejscu.

dodatkowo wczoraj kupilismy machine do chleba (irlandzcy rodacy – w Lidlu jest za 35 jurkow) i jest ona genialna. wlasnie spozywam leciutko gumowy chlebek sobie. i ma on smak. a co dopiero bedzie mial jak Mru przywiezie kwas chlebowy! HA!

no to jade nagrywac. trzymajcie sie RSSowcy i nieRSSowcy :}


po dlugiej przerwie

tak. teraz mam pewnosc, ze czytaja mnie tylko rssowcy, bo nikt inny nie wytrzymalby zagladania na bloga przez tyle czasu. no to jestem. pod presja i zupelnie bez przekonania, ale jestem. cos mi sie albowiem zrobilo i stracilam serce do bloga. po czesci dlatego, ze teraz niewiele rzeczy, ktore mi sie przytrafia ma zwiazek wylacznie ze mna, a nie chce gwalcic prywatnosci Wielkiego Mru (komentarz onego – “a pisz se co chcesz”). poza tym nie moge juz pisac bloga w pracy, bo primo: w pracy pracuje i to dosc ostro, secundo: nie mam wyjscia na stronki. wiec ten czas mi sie troszke gdzies zapodzial. za to w domu… najczesciej jest tak, ze albo robie cos z chorem, albo robie cos z Mru. rzadko robie cos sama. Mru w tym tygodniu leci do siebie po komputery i te inne, wiec bedzie przesiadywal przy ET i dopieszczaniu (czyt. psuciu) swoich aplikacji. a ja wreszcie zdaze sobie brwi powyrywac, manicure i pedicure wykonac i takie tam. niezbyt pomocny w motywowaniu mnie do tych czynnosci jest fakt, ze Wielkiemu Mru najzupelniej obojetne czy i jakich zmian tego typu dokonam na swojej osobie i zdecydowanie woli on ogladac ze mna southpark. w czasie, gdy nie pisalam tutaj zdarzylo sie mnostwo ciekawych/smiesznych/wkurwiajacych rzeczy, ale kurde nie umiem pisac wstecz tak bardzo, wiec napisze tylko od 2 ostatnich dniach.

Po pierwsze primo: Wielki Mru spiewal. bylismy na imprezie chorowej z karaoke (jeden z tenorow zaposiada spory business karaokowy), gdzie ku naszemu zdziwieniu do spiewania sie wyznaczalo, w dodatku dzieczyny spiewaly facetowskie piosenki i na odwrot. no bo kurde, my wszyscy UMIEMY spiewac, wiec spiewanie piosenek, ktore znamy i lubimy to by byl po prostu pokaz wokalny a nie dobra zabawa. no wiec Mru zaspiewal. jako nie czlonek choru dostal dyspense i zaspiewal meska piosenke – Whiskey in the jar. wygladal w czasie spiewania uroczo :) z powodu mikrofonu nie mogl zalozyc obu ramion, by okazac jak bardzo na nim to nie robi wrazenia, wiec kurczowo zakladal jedno ramie na klate, bo w drugiej lapie z ciagle nowym zdziwieniem odkrywal mikrofon. chwala mu :) potem wywolal mnie, i ja sobie zaspiewalam Guns’n'Roses Sweet Child of Mine. strasznie dziwnie sie spiewa do chujowego mikrofoniku bez odsluchow i bez kogos, kto szybko ustawi tak, zeby bylo jak najlepie. dziwne uczucie ;) no to upilismy sie troszeczke, na tyle, ze mimo mojego kolana, ktore ciagle srednio dziala, postanowilismy isc na piechote do domu. i co? i dziekuje wielkiemu Eddie ROcketowi za to, ze istnieje. gdyby nie on to bym sie posikala hihi. dawno nie chodzilam i zapomnialam jak to sie trzesie pecherzem… no i z tym chorym kolanem skakalam rowno po dwa schody do kibelka w rzeczonym Rockecie.

a wczoraj pojechalismy 2godziny za dublin (rzut kamieniem od Cork i Limericka) zeby spiewac na nieplatnym slubie (bo czlonkini choru sie postanowila zaprzysiac). Mru w tym czasie zamiast podziwial po raz enty wokalne wybiegi kobiety swego zycia polazl… se polazic. w drodze powrotnej odwiedzilismy Rock of Dunamase (warto) i podroznego Lidla (nie warto). w tym ostanim zakupilismy na wyrazne polecenie Mru kurczaka z grilla. takiego bladego wyplosza z lekko bezowa skorka.

a. jeszcze jedna atrakcje odwiedzilismy, albowiem po drodze byla. nazywala sie Threecastles Castle. nie jedzcie tam, kochani. Threecastles to ruinek “zameczku” wielkosci domku jednorodzinnego przy samej drodze, wejsc tam nie mozna, jest tablica i w ogole lipa ;)

po powrocie do domu zjedlismy ptaka. i to byl blad. nigdy. NIGDY w zyciu nie jadlam czegos tak potwornie ohydnego. tak, jakbym jadla maczke rybna mocno nadpsuta. zebym ja, JA zostawila jednego z dwoch przyslugujacych mi cycow z obrzydzeniem… potem odbijalo sie nam tym mutantem do nocy. bue. traumatyczne przezycie.

a Mru chrapal potem znowu tak potwornie, ze poszlam spac na dol. nawet z dolu mialam ochote szybko wynajac cos w Galway i jechac tam spac, w nadziei ze dzwiek nie doleci. kurde, nie wiem jak sobie z tym radzic. nie wysypiam sie dosc regularnie, a potem jestem z dupy i w ogole warczaca, mimo ze wiem, ze przeciez nie robi tego specjalnie. bu.