tak. teraz mam pewnosc, ze czytaja mnie tylko rssowcy, bo nikt inny nie wytrzymalby zagladania na bloga przez tyle czasu. no to jestem. pod presja i zupelnie bez przekonania, ale jestem. cos mi sie albowiem zrobilo i stracilam serce do bloga. po czesci dlatego, ze teraz niewiele rzeczy, ktore mi sie przytrafia ma zwiazek wylacznie ze mna, a nie chce gwalcic prywatnosci Wielkiego Mru (komentarz onego – “a pisz se co chcesz”). poza tym nie moge juz pisac bloga w pracy, bo primo: w pracy pracuje i to dosc ostro, secundo: nie mam wyjscia na stronki. wiec ten czas mi sie troszke gdzies zapodzial. za to w domu… najczesciej jest tak, ze albo robie cos z chorem, albo robie cos z Mru. rzadko robie cos sama. Mru w tym tygodniu leci do siebie po komputery i te inne, wiec bedzie przesiadywal przy ET i dopieszczaniu (czyt. psuciu) swoich aplikacji. a ja wreszcie zdaze sobie brwi powyrywac, manicure i pedicure wykonac i takie tam. niezbyt pomocny w motywowaniu mnie do tych czynnosci jest fakt, ze Wielkiemu Mru najzupelniej obojetne czy i jakich zmian tego typu dokonam na swojej osobie i zdecydowanie woli on ogladac ze mna southpark. w czasie, gdy nie pisalam tutaj zdarzylo sie mnostwo ciekawych/smiesznych/wkurwiajacych rzeczy, ale kurde nie umiem pisac wstecz tak bardzo, wiec napisze tylko od 2 ostatnich dniach.
Po pierwsze primo: Wielki Mru spiewal. bylismy na imprezie chorowej z karaoke (jeden z tenorow zaposiada spory business karaokowy), gdzie ku naszemu zdziwieniu do spiewania sie wyznaczalo, w dodatku dzieczyny spiewaly facetowskie piosenki i na odwrot. no bo kurde, my wszyscy UMIEMY spiewac, wiec spiewanie piosenek, ktore znamy i lubimy to by byl po prostu pokaz wokalny a nie dobra zabawa. no wiec Mru zaspiewal. jako nie czlonek choru dostal dyspense i zaspiewal meska piosenke – Whiskey in the jar. wygladal w czasie spiewania uroczo :) z powodu mikrofonu nie mogl zalozyc obu ramion, by okazac jak bardzo na nim to nie robi wrazenia, wiec kurczowo zakladal jedno ramie na klate, bo w drugiej lapie z ciagle nowym zdziwieniem odkrywal mikrofon. chwala mu :) potem wywolal mnie, i ja sobie zaspiewalam Guns’n'Roses Sweet Child of Mine. strasznie dziwnie sie spiewa do chujowego mikrofoniku bez odsluchow i bez kogos, kto szybko ustawi tak, zeby bylo jak najlepie. dziwne uczucie ;) no to upilismy sie troszeczke, na tyle, ze mimo mojego kolana, ktore ciagle srednio dziala, postanowilismy isc na piechote do domu. i co? i dziekuje wielkiemu Eddie ROcketowi za to, ze istnieje. gdyby nie on to bym sie posikala hihi. dawno nie chodzilam i zapomnialam jak to sie trzesie pecherzem… no i z tym chorym kolanem skakalam rowno po dwa schody do kibelka w rzeczonym Rockecie.
a wczoraj pojechalismy 2godziny za dublin (rzut kamieniem od Cork i Limericka) zeby spiewac na nieplatnym slubie (bo czlonkini choru sie postanowila zaprzysiac). Mru w tym czasie zamiast podziwial po raz enty wokalne wybiegi kobiety swego zycia polazl… se polazic. w drodze powrotnej odwiedzilismy Rock of Dunamase (warto) i podroznego Lidla (nie warto). w tym ostanim zakupilismy na wyrazne polecenie Mru kurczaka z grilla. takiego bladego wyplosza z lekko bezowa skorka.
a. jeszcze jedna atrakcje odwiedzilismy, albowiem po drodze byla. nazywala sie Threecastles Castle. nie jedzcie tam, kochani. Threecastles to ruinek “zameczku” wielkosci domku jednorodzinnego przy samej drodze, wejsc tam nie mozna, jest tablica i w ogole lipa ;)
po powrocie do domu zjedlismy ptaka. i to byl blad. nigdy. NIGDY w zyciu nie jadlam czegos tak potwornie ohydnego. tak, jakbym jadla maczke rybna mocno nadpsuta. zebym ja, JA zostawila jednego z dwoch przyslugujacych mi cycow z obrzydzeniem… potem odbijalo sie nam tym mutantem do nocy. bue. traumatyczne przezycie.
a Mru chrapal potem znowu tak potwornie, ze poszlam spac na dol. nawet z dolu mialam ochote szybko wynajac cos w Galway i jechac tam spac, w nadziei ze dzwiek nie doleci. kurde, nie wiem jak sobie z tym radzic. nie wysypiam sie dosc regularnie, a potem jestem z dupy i w ogole warczaca, mimo ze wiem, ze przeciez nie robi tego specjalnie. bu.