MagDee’s World


Archive for July, 2006

goscie goscie

no, zaleglosc to chyba moje drugie imie. i te smieszne deadlinesy co robia wziuuuuuuum przelatujac kolo mnie. klepie klepie, juz klepie no. bo teraz nie mam dostepu do stronek z pracy (za to ssh chodzi, co sprawdzilam przemyciwszy putty w mp3 playerze z usb (tu cicha reklama MuVo Creativowskiego).

mru jest, moje oparcie i wieszak i inne elementy umeblowania, ktorych brak zauwaza sie glownie, gdy ich… no. tegez. brak :>

jutro przylatuja do mnie panstwo z polszy, z polcia poltoraroczna (omatkoomatkoomatko) wiec dopiero bedzie sajgon ;)

a mamusia moja po raz pierwszy wczoraj doszla do lazienki bywszy asekurowana twardo przez najlepszego na swiecie tate. tylko tak dalej, matulu!

koncze, bo oczywiscie robie wszystko na ostatnia chwile (w tej chwili zmywam podloge w patio, w ktorym licze zakwaterowac rodzinke). lozka jeszcze tam nie ma :)

pa


blog czlowiekabezrobotnego

wreszcie. stalo sie. poniedzialek czlowieka bezrobotnego.

ale od zaleglosci: w piatek byl koncert na Church Street, nasz w sensie. Night of Soul. jeden z lepszych, jakie udalo nam sie wysmazyc. spora grupa polakow bawiacych sie przeswietnie, serce roscie. oczywiscie z cholernym kolanem bylo nieciekawie, xionc odprawil jakies magiczne reiki na nim, ale nie czulam, zeby jakos znacznie pomoglo. moze to trzeba w to wierzyc albo inne cus. w kazdym razie darcie japy na koniec “Shake Loose” bylo jak najbardziej niepodrabiane, prawdziwe, genuine i w ogole. w sobote placilam za to znacznym pogorszeniem sie stanu kolankowego, ale dzisiaj juz tak calkiem zgrabnie kustykam se. w sobote pojechalismy do znajomych z choru obczaic ich nowo kupiony dom. no fajny domek, taki czysto irlandzki, ale nowiutki swiezutki, za to w paskudnym estate gdzie wszystko takie same i w ogole wielkim takim, ze powinni dawac gpsy przy bramie, zeby sie wewnatrz odnalezc. a w niedziele pojechalismy sobie na zakupy do lidla, ktory okazal sie byc jakies 10km od domu, czyli pa pa tesco :} pareset metrow od lidla buduja wlasnie aldi, wiec pelen wypas. jeszcze by tam polski sklep postawili z wedlina i chlebem i mlekiem i bylabym szczesliwa zakupowo :). wieczorem obejrzelismy sobie Big Lebowski, przy czym Mru – wielbiciel tego filmu – kwiczal radosnie zanim jeszcze cokolwiek smiesznego sie stalo. niech mnie wielki sierp broni ogladac z nim komedie, ktora on juz zna ever more. a potem sobie gralam w Heroes 5 i kazalam mu samemu isc spac. 15 minut pozniej lecialam do gory, no bo jak to sie nie poprzytulac przed snem i w ogole. zalosc, panowie i panie, zalosc. ostatnie bastiony singlowatosci boziowej padaja jeden po drugim.

a dzis… a dzis… zostalam obudzona cmokiem, potem snilo mi sie cos paskudnego, a pol godziny po cmoku obudzil mnie moj budzik telefoniczny, co to na dole sobie zdzieral glosnik, zebym juz do pracy… a tu chuja :) przenioslam sie na dol, wylaczylam budzik, ulozylam sie w dolnym lozku, poplotkowalam z dyrygentka choru i tak se leze. i kto wie, moze nawet tak bede lezec duzo dluzej!

bycie bezrobotna jest mniam :}