dzisiaj rano siec dziala tez. nikt nie zabral, nie snilo mi sie, jest. sprawdzilam zanim wykustykalam do pracy. nawet wyzywajaco zostawilam gadu gadu i skype czynne. HA!
dzisiaj rano siec dziala tez. nikt nie zabral, nie snilo mi sie, jest. sprawdzilam zanim wykustykalam do pracy. nawet wyzywajaco zostawilam gadu gadu i skype czynne. HA!
no. zdarzylo sie dzisiaj jak zwykle… dobrze i zle. histerycznie dobrze, albowiem o 11:30 zadzwonil panu z Irishbroadband ze on u mnie bedzie za jakies 15-20 minut jakbym chciala siec. DOOOOH! dawac! bylam w domu w ciagu kwadransa, przytupujac i kiwajac glowa z niedowiarstwem. u mnie? w domu? siec? ta po prostu? a tu panu przyjechal, nie zgubil sie, nie umarl w wielkiej kraksie na skale krajowa, zona nie zaczela mu rodzic, no wzial i przyjechal. panowie zadali kilka blyskotliwych pytan, przy ktorych bardzo romantyczne slowka szeptalam w imieniu Mru, ktory zostawil zalecenia na temat odpowiedzi na pytania LOGICZNE li i jedynie. zupelnie sie nie przydaly. w kazdym razie panowie powiercili, poprzykrecali i w ogole. pan zostawil mi kilometry kabla, bo nie moglam sie zdecydowac, w jaka strone bede montowac router czy w ogole cokolwiek. slinilam sie jednoznacznie. CHCE SIEC, CIECIU. acz pan smakowity byl poniekad. pojechali, ja wolalam nie grzebac w pracowicie odwlokiem wykonanej przez mojego pajaczka sieci domowej, pognalam wiec do pracy i po poludniu zostala siec ruszona. i jest. nie oddam.
z minusow – zepsulam sobie kolanko. za duzo mowic jak, w kazdym razie niezaleznie ode mnie, na szczescie lepiej niz zwykle, w sensie lzej, i boli jak skurwysyn zaledwie czasami, oraz moge miec noge albo lekko zgieta, albo ociupinke mocniej zgieta. cudowne uczucie, szczegolnie, ze koncert w piatek…
zadzwonilam do rodzicow, ale bylo fajnie ich uslyszec z domowych pieleszy po 4 miesiacach… dodatkowo ustawilam sobie SKypeIn i mam numer teraz taki, na ktory moga dzwonic po cenie rozmowy miejscowej. rulez!
a. moja nastepczyni zaczela dzisiaj ze mna trening. i musze przyznac, ze dala rade. po 3 dniach spokojnie zostawie ja w biurze z nadzieja, ze nie obgryzie przepisowo zadbanych paznokci.
to ja sie poloze przepisowo na pleckach, przetrawiajac martini i probujac nie zasnac od nadmiaru wrazen i bolacych od monitora oczkow.
a tibia leci sobie odpalona non stop!
z siostrzanym pozdrowieniem – Bozia.
szybciorkiem szybciorkiem bo sie tyle dzieje..
w zeszlym tygodniu w sobote (naczy te co ponad tydzien temu…) to bylismy w Glendalough. fajnie jest tam zawsze, z okazji mojego smarkania nawet na widok czegos zielonego z chlorofilem nie doszlismy nad jezioro, wiec nie zezarly nas mordercze muszki. Mruowy aparat robi lepsze kolorki i to jest niesprawiedliwe. za to pierwszy powazny irlandzki “olowek” czyli roundtower (ale glupi ci mnisi) mamy zaliczony. po raz pierwszy tez wyjechalam poza samo glendalough i po drodze do hollywood (hue hue) przejechalismy sie gorkami i fajna elektrownie widzielismy i w ogole. a w powrotnej drodze zajechalismy na zakupy i przed samymi zakupami z duzej gorki zjezdzalismy i wskutek kilku zaleznych i niezaleznych czynnikow pierdyknelismy niuniusiem w inny samochod. zjechalismy sobie i wysiedlismy z auta. i teraz nie wiem, czy rozprostowujace sie 192cm niedzwiedzia czy brak ubezpieczenia ze strony puknietej spowodowaly nagle zapewnienia chlopakow, ze wszystko jest ok i ze nawet nie ma zadrapania (no ze 2 zadrapania u nich byly malutkie) i zwiniecie sie 5 wyrostkow prawie w poklonach. niunius dostal natomiast solidnego garba na masce. teraz jest calkiem unikatowy :)
co do zeszlego tygodnia to zapodam, ze Aneex, moja byla wspolmieszkanka zajmuje moje miejsce w pracy, obie jestesmy z tego bardzo zadowolone, hy hy, od srody bede ja trenowac do piatku. potem w piatek lunch firmowy (moje odejscie i przyjscie Aneexa), koncert (kosciol Saint Mary of Angels na Church Street w centrum Dublina, zapraszam), dwa dni bardzo dbania, zeby glos nie siadl i od poniedzialku wchodzimy do studia nagrywac album. na razie na pewno daje glos solo na dwoch trackach, a co bedzie potem to sie zobaczy.
wypielam sie na Magnet Networks (z daleka, kochani, polecam trzymac sie z daleka, wypielam sie na nich w rocznice czekania na usluge… 4 miesiace codziennych kilkudziesieciominutowych rozmow) i w piatek zamowilam Irish Broadband. stare dobre bezprzewodowe gowienko. tylko teraz inne, takie montowane na RURZOWOdomkowych dachach co to niby szybsze i lepsze jest.
z nowosci – w przygotowaniach do wizyty znajomych posunelismy sie do tego, ze na zdeformowanym niuniusiu przewiezlismy w srodku nocy w deszczu i wietrze z mrocznego polwyspu Howth dwuosobowe lozko z materacem, przywiazane do dachu linkami do wieszania prania (Tesco Value – 99c). lozko zostalo natychmiast przeze mnie przypisane do living roomu i poza czasem odwiedzin bedzie ono tam stalo dopoki nie kupimy sobie kanapy wieloryboprzyjaznej. nadal uwazam, ze najlepszym miejscem dla komputera domowego jest “przylozkowie”. no wiec w livingroomie mamy teraz 1 kanape, 1 pseudo-kanape w wykuszu (tribute to YaaL) i spore podwojne loze. mam zbedny dywan wlochaty, jakby ktos chcial, bo sie juz nie miesci. natomiast zestaw meblowy zdal egzamin w sobote, z okazji drobnej imprezki, kiedy kazde stadlo mialo wlasne siedzisko (Aneex reprezentowal stadlo swoje, dosc udanie zreszta wyciagajac swoje dlugie nogiszcza przez cala dlugosc kanapy). martini sacze nadal. chyba tyle, jak cos to rzuce update, jak mi Mru podsunie to, co mi sie odsunelo.
a. w ogole to przy odbiorze lozka zostawilam antenke niuniusiowa. zla bozia.
Ha! No to na szybko.
nowy domek, no bo ciagle jeszcze nowy. nowy bojfrend, bo Mru ciagle jeszcze pachnie nowoscia, choc z folii go juz odpakowalam dawno :). nowe aktywnosci, bo oprocz choru doszla silownia i basen. no i teraz….
NOWA PRACA!
dostalam sliczna slodka posadke poltora mili od domu, glownie pracowac bede jako typistka z dyktafonu (takie fajne pedaly dali pod nogi i kasetki malutkie), ale pewnie w ciagu 3 miesiecy przejme wszelkie problemy IT w firmie, oraz mam byc kreatywna i rozne inne pierdoly zalatwiac, zajmowac i tak dalej. kasa lepsza, niz obecna moja, wiec przegites. no i brak pomidora, co jest znaczaca zaleta.
Mru tez prace znalazl, niestety szprecha a nie spika, ale jest zadowolony, no i chyba bedziemy zmieniac aparaty fotograficzne na Nikony wobec faktu pracy Mru :). zreszta on sie odgraza ze tez bedzie blogowal, jak tylko siec bedzie w domu, to sam pewnie napisze co uzna za stosowne.
a siec bedzie w domu bo nawet jak nie dadza ciagle jeszcze tej kablowej, to w piatek wieczorem jedziemy kupic wirelessowa. no trudno, koszty koszty, ale oboje juz bez sieci nie mozemy. o.
generalnie, gdyby jeszcze mamulek moj zdrowy byl to nie mialabym na co w zyciu narzekac, no moze tylko na cholerne pylki, przez ktore smarkam i w ogole, a rano zamiast swojego TZ widze czarnawa plame, ktora sie niebezpiecznie zbliza, a potem czuje mokrego calusa na dzien dobry. nie zebym narzekala na calusa, skadze znowu.
no to tyle na teraz, postanowilam troche popracowac w te ostatnie 2 tygodnie pracy (koncze 30go, potem tydzien nagrywamy plyte z chorem i 10go lipca zaczynam nowe krzeselko grzac), no, popracowac, ale niegroznie, w tle odpale sobie Tibie, a co :)
Wasza zasmarkana – Bozia
tak tylko zagladam. traktuje to miejsce mocno po macoszemu ostatnio, ale jak sobie dodacie do mojego i tak juz niezle napakowanego planu dnia codziennego osobe Mru, ktora to duza osoba jest (jak okreslila go Carol z choru – “some fine hunk of a man”). jestem z niego potwornie dumna, bo w towarzystwie nieznanych irlandzkich mord w ilosciach hurtowych radzi sobie tak, ze niedlugo beda o mnie mowic “Igor’s girlfriend” :). Wiaderka z netem, droga YaaL nadal nie mam, aczkolwiek dzisiaj caly zespol IT Eircomu ma sie temu faktowi przygladac z absolutnie niekreatywnym niezrozumieniem, mam wrazenie. lepiej jednak niech tak sie przygladaja, niz mieliby w ogole nie patrzec. odkad jest Mru i nie ma sieci to ja go widze rzadziej, niz jak byl u siebie w .de hy hy, wiec siec o ironio jest nam potrzebna jeszcze bardziej, bo ja naprawde mam dosc chwilowo tesknienia za moim opatulem.
DorSz – odpowiadajac na twojego commenta – wyznaczymy dyzury odbierania telefonow od Ogre :)
a w sobote bedzie bbq w exRURZOWYM domku tym razem dla polskiej czesci krewnych i znajomych bozi. w tesco jest promocja na Zywczyka, wiec bedzie gites. marzy mi sie tez jakis well done podeszew z krowy. wiec jakbyscie przejezdzali N11 i czuli dobrze wysmazona krowke, to u bozi :)
dla sceptycznych sceptykow – donosze, ze docieranie sie z Mru przebiega bez specjalnie burzliwych przejsc, nasze ciuchy zgodnie kotluja sie po podlogach obu pieter do czasu skopania ich w okolice pralki, a zmywarka odwala brudna robote. odkurzacz po namysle uznajemy za najzupelniej zbedny. rozwazam w przyszlosci kupno zelazka, tylko po to, zeby miec powod do kupienia sobie deski do prasowania w krowie laty. Mru sie natomiast slini na maszyne do chleba. podlec :)
dobra, wracam pracowac, bo szef mi wlasnie wlazl i spytal co to jest to co ja klepie, zamiast robic jego wazna wazna robote. przekazalam mu dobitnie, ze zajmuje sie zadawaniem potwornie waznego pytania na temat ochrony sieci firmowej.
mam w lapkach gre Scratches – jak bedzie tego warta to sie doczeka wpisu w sekcji gadzeciarskiej.
z alergicznym smarkajaco-swedzacopodniebiennym pozdrowieniem.