no to sie zaczelo. wraz z cudownie cieplymi dniami, ptaszkami cwierkajacymi i stadem par romantycznie karmiacych tluste labedzie na south canal postanowily obudzic sie trawska. i tak sobie powolutku zapycham nos paskudztwem, ktore ma ochronic moje cialo przed morderczymi pylkami. z podobnego zalozenia wychodza oczy, jak rowniez wychodzic zaczely z orbit to trzytysiecznym piecdziesiatym osmym uronieniu lezki na poczet wiosny.
z wydatna pomoca mojej ulubionej rozowowlosej fryzjerki znacznie skrocilam owieczke na swojej glowie.
na internet nadal czekam, naturalnie. wczoraj znowu przeprowadzilam owocna rozmowe z dwoma przedstawicielami customer service, z kazdym uzgadniajac zupelnie inne szczegoly (ale stalam w korku po drodze do domu, to moglam sobie pozwolic, tym bardizej ze to oni dzwonili).
czekam rowniez na farbe koloru magnolii, ktora przemieni moj RURZOWY domek w mniej barbiowaty.
mama moja od wczoraj jest w tej klinice w warszawie. cud sie stal. wazne, ze jest. zobaczymy co za cudow ONI tam dokonuja.
Mru - ofiara germanskiej biurokracji konczy wysiadywac stolki w urzedach, a bedzie wysiadywal stolek przy telefonie u siebie, bo juz mu nie chca dawac zadnych papierkow do podpisania. a moze by tak powysiadywal lawki w okolicznych kosciolach bostw roznych? :))
ja - ofiara germanskiej biurokracji bede musiala sie chyba za to malowanie wziac bez szanownego Significant Other.
a wczoraj to w ogole zjadlam wreszcie jajecznice z pomidorkami i papryka (caly weekend o niej myslalam) po pracy, przed proba (mam godzinne ponad okienko, ktore sobie spedzam w domu) i przy ostatnim kesie jajecznicy jedzonej przy CSI sobie usnelam. dobrze, ze wczesniej ustawilam alarm w komorce zeby sie nie spoznic, a i tak walczylam ze soba dobre 2 minuty, zeby wstac i jechac, a nie walnac sie dalej spac. i dobrze zrobilam, bo na probie poza normalnym materialem zrobilismy spory kawalek Bohemian Rhapsody. slicznie to brzmialo w choralnym wysilku, a harmonie sa tam tak cholernie bliskie i trudne, ze opanowanie linii chocby tylko sopranow bede uwazala za spore osiagniecie. geniusz, powiadam wam, geniusz ten Freddie.
robie sobie krotka przerwe w czytaniu pratchetta (zreszta chyba juz mi nic z serii dysku nie zostalo do przeczytania, a tych malutkich ludzikow.. no nie moge sie przekonac zeby zaczac te serie), wobec czego siegnelam po kupiona w szoku w polsce ksiazke “Smazone zielone pomidory”. czyta sie to prawie jak “Anie z zielonego wzgorza”, przeslizguje sie wrecz przez takie ciepelko i malomiasteczkowe urokliwosci. potem bede chyba musiala cos Kinga przeczytac dla rownowagi :>
to tyle tymczasem, bo mam w chuj pracy i pisze w zasadzie tylko dlatego, zeby sie do niej nie zabrac. psiamac no. :>