MagDee’s World


Archive for April, 2006

z cyklu corporate lessons

A sales rep, an administration clerk, and their manager are walking to lunch when they find an antique oil lamp.
They rub it and a Genie comes out. The Genie says, “I normally grant three wishes, but as there are three of you, I’ll give each of you just one wish.”
“Me first! Me first!” says the admin. clerk.
“I want to be in the Bahamas, driving a speedboat, without a care in the world.”
Poof! She’s gone.
“Me next! Me next!” says the sales rep.
“I want to be in Hawaii, relaxing on the beach with my personal masseuse, an endless supply of Pina Coladas and the love of my life by my side.”
Poof! He’s gone.
“OK, you’re up,” the Genie says to the manager.
The manager says, “I want those two back in the office after lunch.”

Moral of the story: Always let your boss have the first say.

A crow was sitting on a tree, doing nothing all day.
A rabbit asked him, “Can I also sit like you and do nothing all day long?”
The crow answered: “Sure, why not?”
So, the rabbit sat on the ground below the crow, and rested.
A fox jumped on the rabbit and ate it.

Moral of the story: To be sitting and doing nothing all day, you must be sitting very high up.


A KURWA PSIK!

no to sie zaczelo. wraz z cudownie cieplymi dniami, ptaszkami cwierkajacymi i stadem par romantycznie karmiacych tluste labedzie na south canal postanowily obudzic sie trawska. i tak sobie powolutku zapycham nos paskudztwem, ktore ma ochronic moje cialo przed morderczymi pylkami. z podobnego zalozenia wychodza oczy, jak rowniez wychodzic zaczely z orbit to trzytysiecznym piecdziesiatym osmym uronieniu lezki na poczet wiosny.

z wydatna pomoca mojej ulubionej rozowowlosej fryzjerki znacznie skrocilam owieczke na swojej glowie.

na internet nadal czekam, naturalnie. wczoraj znowu przeprowadzilam owocna rozmowe z dwoma przedstawicielami customer service, z kazdym uzgadniajac zupelnie inne szczegoly (ale stalam w korku po drodze do domu, to moglam sobie pozwolic, tym bardizej ze to oni dzwonili).

czekam rowniez na farbe koloru magnolii, ktora przemieni moj RURZOWY domek w mniej barbiowaty.

mama moja od wczoraj jest w tej klinice w warszawie. cud sie stal. wazne, ze jest. zobaczymy co za cudow ONI tam dokonuja.

Mru – ofiara germanskiej biurokracji konczy wysiadywac stolki w urzedach, a bedzie wysiadywal stolek przy telefonie u siebie, bo juz mu nie chca dawac zadnych papierkow do podpisania. a moze by tak powysiadywal lawki w okolicznych kosciolach bostw roznych? :))

ja – ofiara germanskiej biurokracji bede musiala sie chyba za to malowanie wziac bez szanownego Significant Other.

a wczoraj to w ogole zjadlam wreszcie jajecznice z pomidorkami i papryka (caly weekend o niej myslalam) po pracy, przed proba (mam godzinne ponad okienko, ktore sobie spedzam w domu) i przy ostatnim kesie jajecznicy jedzonej przy CSI sobie usnelam. dobrze, ze wczesniej ustawilam alarm w komorce zeby sie nie spoznic, a i tak walczylam ze soba dobre 2 minuty, zeby wstac i jechac, a nie walnac sie dalej spac. i dobrze zrobilam, bo na probie poza normalnym materialem zrobilismy spory kawalek Bohemian Rhapsody. slicznie to brzmialo w choralnym wysilku, a harmonie sa tam tak cholernie bliskie i trudne, ze opanowanie linii chocby tylko sopranow bede uwazala za spore osiagniecie. geniusz, powiadam wam, geniusz ten Freddie.

robie sobie krotka przerwe w czytaniu pratchetta (zreszta chyba juz mi nic z serii dysku nie zostalo do przeczytania, a tych malutkich ludzikow.. no nie moge sie przekonac zeby zaczac te serie), wobec czego siegnelam po kupiona w szoku w polsce ksiazke “Smazone zielone pomidory”. czyta sie to prawie jak “Anie z zielonego wzgorza”, przeslizguje sie wrecz przez takie ciepelko i malomiasteczkowe urokliwosci. potem bede chyba musiala cos Kinga przeczytac dla rownowagi :>

to tyle tymczasem, bo mam w chuj pracy i pisze w zasadzie tylko dlatego, zeby sie do niej nie zabrac. psiamac no. :>


co kurde, na nauke cierpliwosci sie wszystkim zebralo?

no na toz mi wyglada.

- wiaderko z netem – 2.5 miesiaca. historyjek tysiace, zly eircom, zla pogoda, brak zlotych zebow, cokolwiek. ale firma ma fajne warunki no i jesli teraz zmienie to i tak bede musiala miesiac czekac.. i tak w kolo macieju. anyway to nawet mile taka przerwa od sieci w domu. dzieki niej obejrzalam wiekszosc zaleglych filmow, nadgonilam Losta i posprzatalam patio. natomiast na telefonie z Magnetem (drodzy irlandzcy znajomi lub nie, omijajcie siec Magnet Networks i Magnet Broadband szerokim lukiem) wisze non stop, dzisiaj sie dowiaduje ze nie ma miejsca na moje polaczenie w eircomie, no bo to wszystko to eircom zly zly i nie wiadomo kiedy mnie podlacza. naturalnie, najprawdopodobniej w ciagu 5-10 dni roboczych, tak samo jak 2 miesiace temu.

- Wielki Mru – 3.5 miesiaca. zadna tam wina Mru, ale no co kurde. nudzi mi sie w sumie takie mieszkanie samej, jesli docelowo mam nie mieszkac sama. jakas zdrada i oszustwo, prosze panstwa. poza tym urwalam taki pierdolnik co w niego jest wkrecona zarowka w zyrandolu w sypialni (no taki niby gwint, ale wciskany) i teraz musze czekac az Mru w to wejrzy i wymieni. nie bede sama tego robic, bo po cos sie tego chlopa ma w koncu.

- mamuska – bo rehabilitacja jakakolwiek po takim czyms co jej sie przydarzylo to sie w latach liczy czasami, a ja lubie efekty od razu.

tata moj najwspanialszy zalatwil mamie rehabilitantke, ponoc w ciagu poltorej godziny zrobila wiecej niz cale Repty w tydzien. ja i tak uwazam, ze to tata jest najlepsza klinika swiata.

sluchajcie musze wracac do pracy, dzieki z gory za wsparcie matuli i obiecuje, ze jak dostane juz siec do domu to bede wredna, zlosliwa i cyniczna potrojnie.


dawno nie bylo

dawno mnie nie bylo, hy hy. podejrzewam, ze czytac mnie beda teraz tylko rssowcy, ktorym sie pokaze tak czy siak. ale mam niezla wymowke, zapierdol mianowicie oraz chroniczny brak sieci w domu. wczoraj przeprowadzilam wojenke z szabelka natomiast w kwestii internetu w RURZOWYM domku i najprawdopodobniej kwestia wyjasni sie w ciagu kilku dni.

mame trzeba przewiezc po swietach do kliniki w warszawie, gdzie ponoc jest szansa na przyspieszenie i ulepszenie rehabilitacji, a co za tym idzie poprawienia wyniku koncowego. kwestie rozpatrzenia, czy taka klinika naprawde jest potrzebna zostawilam mojemu tacie, ktory naprawde nie wiem jak sobie radzi z byciem pielegniarka, rehabilitantem, mezem, psychoterapeuta, ksiegowym oraz facetem prowadzacym wlasne interesy, ktore wymagaja jego ciaglej dostepnosci. gdyby nie to, ze gruba jestem i ciezko mi sie schylac to bilabym poklony temu facetowi. a tak moge bic brawo.

ze swojej strony przyjelam posade wokalu w nedznej amatorskiej kapelce spiewajacej w pubach za pare euro za wieczor, bo to pare euro przyda sie mamie.

wpadlam ponadto na pomysl wydania karaoke party dla mojego choru. wariaci kochaja spiewac jak ja, wiec cokolwiek co sie z tym wiaze powinno dac rade. pomysl z zostawieniem kopertek na ich ewentualne datki przy drzwiach wydaje mi sie ze wszech miar sluszny. skoro daja pieniadze na domy dziecka na litwie to tym latwiej bedzie im pomoc kobiecie, ktora znaja (no, widzieli ja kilka razy jak przyleciala do mnie w wakacje).

jak zrobi sie cieplej to pomysle o wzieciu ampa i mikrofonu i pocket pc i udania sie na Grafton Street w celu wycia za drobniaki, w zyciu nie mialam odwagi tego zrobic, a teraz chyba mam motywacje ;}

poza tym czekam sobie na Mru z coraz wieksza niecierpliwoscia, albowiem bzykac mi sie chce :)

to tyle na te chwile, dam znac szerzej o wojnie z broadbandem jak juz bede sie laczyc z domu, albowiem pomidor moj szefowaty dostal wscieku macicy i zyczy sobie, zebym PRACOWALA w PRACY. pffff