MagDee’s World


Archive for the ‘private’ Category

rotfl dnia

w skrocie sytuacja wyglada tak, ze tylna czesc ciala bedaca w objeciach mojego cudownego czerwonego fotela roztapia sie, przednia lekko przymarza dla rownowagi (zeby odwrocic uwage od tego topienia dupska). od czasu do czasu niecierpliwie probuje w tym gipsie uniesc lydke kolanem, ale sadze, ze jesli tam sie cos nawet zaczelo zrastac to lepiej temu nie przeszkadzac, wiec staram sie rzadko napinac kolano.

siedze ponadto i nie mam zadnej woli robienia czegos. ogladam seriale, gram w jakies bzdurne gry, czas przecieka mi przez palce a ja nie umiem sie zebrac, zeby go jakos konstruktywnie zuzyc, a mialabym na co.

z dowcipnej sluzby zdrowia irlandzkiej notuje dzisiaj:

pan doktor z barbarzynskiego szpitala zadzwonil do mnie  wlasnie przed chwila pytajac, co mi sie dzialo w kolano zanim ja do nich przyjechalam. wiec ja mu oczywiscie, ze niewiele ich to interesowalo jak tam siedzialam 4 godziny probujac wyjasnic co w tym kolanie sie najbardziej chwieruta, wiec nie widze dlaczego akurat do mnie dzwoni. a on, ze bo on by chcial, zebym ja moze podjechala zrobic CT scan, bo on wlasnie patrzy na moje zdjecie rentgenowskie (wypadek byl we srode zeszlego tygodnia) i widzi, ze tam jakby troche wysieku jest do stawu, w sensie jakas ciecz w srodku jest. poinformowalam pana doktora grzecznie, ze juz nie ma, bo po tym jak zapakowali te moja ciecz w wygodniusia opaske elastyczna pojechalam do prawdziwego lekarza, ktory mi ja sciagnal z kolana i ze jestem aktualnie bardzo szczesliwa z moim gipsem od kostki do biodra, dzieki ktoremu moge isc do kibla nie krzyczac z bolu i ze z tej okazji wszelkie testy bylyby raczej niewygodne. ale ze bardzo chetnie przyjme moje zdjecie rentgenowskie. naturalnie nie moge przyjac, bo jest to tajemnica, najwyrazniej przede mna… i pan doktor moze tylko wyslac to zdjecie do mojego pana doktora ortopedy, ktorego nazwisko mu litosciwie przeliterowalam, a ktory obiecal, ze sobie znajdzie te klinike w internecie.

no i powiedzcie mi co to za pojebany system, gdzie rentgeny z zeszlego tygodnia przeglada jakis zupelnie inny lekarz i wydzwania do pacjentow “wie pani co, pani to chyba jednak umiera. moze przyjdzie pani do nas to zerkniemy w to glebiej”…

rzyg. nie chorowac,kurde, nie chorowac.


zeby Boska nie szla do pracy

…to by sie na 40cm plamie lodu nie poslizgnela.

osoby, ktore nie lubia opisow wypadkow i krwi i samouzalania sie mojego sa proszone o nieczytanie dalej.

ale sie poslizgnelam. nie wiem do konca jak, ale zadrapania po WEWNETRZNEJ stronie moich butow sugeruja, ze mi sie kolano (tak, to prawe, to operowane) wyfajtalo na jakies 90-110 stopni na zewnatrz.

cale szczescie, ze jestem sopranem gospelowym i ze moja pierwsza reakcja na bol i strach jest glosne jednostajne zawodzenie. uslyszal mnie pies sasiadow, potem sasiad, drabine przyniosl, przez plot przelazl. kazal zadzwonic na 999 po karetke. w oczekiwaniu na karetke towarzyszylo mi jeszcze dwoch sasiadow, znoszacych mi kocyki, proponujacych podusie i przestawiajacych moj samochod, zeby karetka sie zmiescila w bramie. a ja sobie czule obejmowalam donice ogrodowa i lkalam zalosliwie.

karetka przyjechala, chlopaki mnie obejrzeli, zrobili AUC i pokazali fioletowa bulwe, ktora mi sie w miejscu kolana zadomowila. no to do karetki, do szpitala (tak, niestety do tego samego, w ktorym poprzednio czekalam 13 godzin na ustalenie, ze nie zabije mnie zakrzep odrywajacy sie od scianki zylnej), w ktorym niby swietni ortopedzi. jest to St. Vincents Hospital. OMIJAC. SZEROKIM. LUKIEM.

w srodku umiescili mnie w strefie dla tych mniej poszkodowanych. i tam sobie kwitlam jakies 4 godziny. najpierw podeszlo do mnie kilkoro ludzi wypytujac co mi jest. potem byla dluuga przerwa. potem wzieto mnie na rentgena, gdzie pani bardzo nalegala, zebym wyprostowala noge (haha ha jak sie pozniej okazalo bylo to zupelnie fizycznie niemozliwe) i zabrala mi kocyk, na ktorym sobie to kolano podparte lezalo. wiec musialam trzymac te noge miesniami uda i nie drgac. po badaniu kocyka nie oddala, ale zuzylam taki, ktory mi w karetce dano do przykrycia. podkladalam to sobie centymetr po centymetrze, bo kazde ruszenie kolanem powodowalo kolejny atak lkacza.

no i czekalam sobie dalej. rano nie zdazylam nic wypic, a po kilku godzinach chlipania bylam dosc odwodniona wiec niesmialo zawolalam pania przy papierkowej robocie, zeby mi podala kubek wody albo cos. pani ze “zara zara, za pare minut”. 40 minut pozniej zawolalam druga pania, tym razem juz o wode i o zastrzyk przeciwbolowy, bo przyszedl pan doktor, omiotl mnie spojrzeniem, nawet niespecjalnie uniosl nogawke spodni, zeby zerknac na kolano (nad kolanem pod spodniami byla fioletowa bula) i powiedzial ze kosci sa w porzadku, to moze byc wiezadlo. to on mi da opaske uciskowa (!!!)  i czy ja potrzebuje kul? tak, kurwa, potrzebuje kul bo nie mam wladzy w nodze, dzieki bulwie uciskajacej mi nerwy, stary kretynie. powiedzialam ze bez zastrzyku przeciwbolowego nawet nie wstane, no to mi dali. i ze zadziala… za jakies 20 minut ale isc to ja musze juz teraz bo oni ze mna skonczyli, dali recepte na 2 leki przeciwbolowe i kazali sie oszczedzac. poprosilam pana doktora, ze skoro tkanka miekka jest fakapnieta, to moze rezonans magnetyczny? a on przez ramie z korytarza ze bez sensu bo trzeba czekac 2-3 miesiace, a i to wtedy kiedy jest podbite ze emergency. huh. wiem, ze mozna prywatnie, wiec kazalam panu doktorowi wypisac mi zalecenie, zeby bylo szybko, a on na to ze mam przyjsc za tydzien jak sie podlecze.

no wiec juz to widze jak sie podleczam, o czym bedzie pozniej.

pielegniarka w ogole nie bardzo chciala mi dac kule, bo wedlug niej to ja sobie tylko skrecilam kolano. poprosili przynajmniej jakas laske, zeby mi pomogla z torba (mialam torbe z laptopem i wszystkie moje bitsy do pracy) i zamowiono mi taksowke. jakos sie wkulalam do srodka i spedzilam urocza godzinke z taksowkarzem jadac przez najwiekszy korek… do prawdziwego lekarza ortopedy.

trzeba bylo zrobic lekkiego Sokobana zebym wlazla, wylazla z tego samochodu, potem sie dokustykalam do przychodni i bylo mi od razu lepiej. pan doktor Lech Kielpinski obejrzal to kolano i zlapal sie za glowe, a potem za te moja bulwe. na poczatek wypierdolilismy w kosmos opaske uciskowa, po czym kiedy sie okazalo ze nadal nie moge wyprostowac nogi i ze miesnie uda mi juz tak troche mdleja od utrzymywania kolana w jako takim komforcie, pan doktor sie na mnie zamierzyl z wielka strzykawa. i nigdy wczesniej nie sadzilam, ze wbicie mi wielkiej igly w kolano bedzie tak zajebiscie dobroczynne. utoczylismy  6 wielkich (takich nie wiem, 75ml moze) strzykaw krwi i mazi z tego biednego stawu. nie dziwota, kurwa mac ze nie moglam wyprostowac nogi. teraz wreszcie moglam opuscic kolano do wyprostu i dac tym miesniom uda odpoczac! juhu!

potem mnie slicznie zapakowal pan doktor w gipsiora od kostki do biodra prawie, poklelismy na irlandzkich lekarzy. i juz moglam sobie powolutku o kulach isc bez gwiazdek przed oczami, do sciany placzu po pieniazki za wizyte i apteki po zastrzyki rozrzedzajace krew (naturalnie w szpitalu mimo mojego naciskania, ze mam zakrzepice nikt mi takich zastrzykow nie zaproponowal). okazalo sie, ze zastrzyki kosztuja 323 euro, mimo ze pan doktor mowil, ze zaplace 90 eur. no wiec poszlam zaplacic w przychodni, poskarzylam sie na cene leku, pan doktor tylko zrzucil kitelek i pognal przekazac w aptece swoje zdanie na temat ich IQ podejrzewam, bo jak wrocil to byl bardzo z siebie zadowolony. okazalo sie, ze jest cos takiego jak DPS (Drug Prescription Scheme czy cos), ktory mowi, ze nie mam wydac wiecej na leki w ciagu miesiaca niz 90 eur. wiec za te mialam zaplacic 90 eur, reszte doplaca aptece panstwo, a do konca miesiaca mam leki potem za darmo. no to poszlam po to, zeby mi oddali nadplate, zupelnie byli przeciez nieswiadomi ze przyjde (3 minuty wczesniej wparowal tam lekarz z opierdolem)  i zamkneli apteke. ale sie podobijalam, wpuscili, po czym stwierdzili, ze nie maja tyle gotowki (reszta w sejfie) i nie moga oddac. moge se jutro przyjsc. spojrzalam na swoj gips, na swoj adres (jakies 25-30 km od ich apteki) i powiedzialam im, ze zupelnie nie moge i nie wyjde dopoki tego nie zalatwimy. okazalo sie wtedy, ze (po telefonie do managera) umieja znalezc przycisk “Refund” na maszynce do kart kredytowych i oddali kase w ciagu kilku minut.

potem jeszcze godzina w taksowce do domu i juz moglam sobie spokojnie zalec.

koncowo - nie wiadomo co mi strzelilo, ale skoro tak siknelo krwia to nie moze byc do konca dobrze. istnieje nadzieja, ze to tylko rzepka pociagnieta przez miesnie wywichnela sie w jakis kosmos oraz ze naderwalam/zerwalam wiezadlo boczne. ale to sie dowiemy po sciagnieciu gipsu i zrobieniu rezonansu magnetycznego pewnie. wtedy sie okaze czy bedzie operacja czy sie pozaklejalo samo.

a ja sie tak zastanawiam… szpital mi wysle rachunek za to, co mi wczoraj zrobili. pierwsze pokuszenie jest takie, zeby nie zaplacic, napisac skarge i tak dalej. drugie pokuszenie jest - pozwac gnojow za to, ze nie potrafili postawic diagnozy (a nawet zbadac) czegos, co moj osobisty Mru w wikipedii przeczytal jako podstawe. ze nie uwierzyli, ze nie moge ruszac noga, ze dali opaske uciskowa na kolano plywajace w pol litra krwi, ze jak sie okazuje krew ma enzymy trawiace bialko i nawet gdyby ta krew sie wchlonela po tygodniach, to zabralaby mi mnostwo kolana ze soba. za to, ze ja mam na tyle w mozgu, ze im nie uwierzylam ze to sie samo zrosnie i pojechalam do prawdziwego lekarza. za to, ze ktos inny moze miec mniej szczescia.

jesli jest jakis prawnik, ktory bylby zainteresowany wejrzeniem w te sprawe przy irlandzkich realiach to ja bardzo chetnie poslucham, bo mnie kurwica strzelila ciezka.


a te slozy to jej aze po plecach kapaly…

“Terminator 2″ to jedyny film, na ktorym plakalam. To zdanie w charakterze dykteryjki powtarzalam przez wiele lat jako dowod na bycie zimna cyniczna suka bez serca. i byla to prawda. w jakis koszmarny sposob wielkie mokre oczy Edwarda Furlonga kiedy zaczynal histeryzowac nad kadzia z Arnoldem mnie ruszaly :)

jedyna rzecza, ktorej pozwalalam na siebie dzialac byla muzyka. poza momentami, kiedy oplywaly mnie dzwieki bylam silnym niewrazliwym babochlopem. och jakze szyderczo rechotalam zawsze, jak moja Mama przy byle kretynskim i cukierkowym filmie wyciagala chusteczke. jakze cudownie bylo byc do szpiku kosci logiczna i pragmatyczna.

baby, those days are sooooo gone. seriously.

no zez kurwa psia mac. musze sie teraz przeklikac przez cale swoje jestestwo, przez to glupie wzruszanie sie, zeby sie ponastawiac znowu i miec pojecie, co i dlaczego sie we mnie robi.

pamietam jak kiedys z kumplami po jakiejs malej trawce zasikiwalam sie ze smiechu rozwazajac zalozenie biznesu wykonywania ubranek do trumien, dla dzieci. ze przebrania za supermanow, kominiarzy, whatever. w mojej glowie takie rozwazania byly rownie abstrakcyjne jak, hm, E.T. i jako takie bardzo zabawne. trawka tez najgorsza nie byla. ostatnio przez przypadek na youtube znalazlam filmiki wystawiane przez rodzicow dzieci, ktore umarly przy porodzie, przed, krotko po. kiedy cala rodzina robi sobie zdjecia(!!!!!) z martwym plodem ubranym w duzo na siebie za duze ubranka dla wczesniakow. zdjecia rodzinne, na ktorych dzieci (bracia czy siostry) wpatruja sie smutnymi oczami w zawartosc becika czesto malo nawet przypominajaca noworodka. i co? i sie wzruszam przy tym. z niesmakiem, ale sie wzruszam.

ogladam od kilku dni serial medyczny Grey’s Anatomy. w szpitalu, chirurdzy, zwiazki miedzy nimi, blablabla. kilka ciekawych chorob i pomyslow.  i co kurde? co drugi odcinek zbiera mi sie na lkanie, tu lezka, tam lezka, bo jakas aktorka poglaskala druga aktorke, ktora lezy w udawanym szpitalu i udaje, ze umiera. no kurde, to nawet moja Mama by nie ryczala chyba.

chyba powinnam sprawdzic poziom hormonow.

z drugiej strony, chyba musze przywrocic rownowage w przyrodzie i po prostu nadrobic te wszystkie lata bez emocji i bez lez.


ja naprawde nie mam czasu

porobilo sie otoz tak, ze zajec mam 1.5x wiecej niz ostatnio kiedy jojczylam, ze sie juz wiecej nie da, oraz moja droga do pracy wydluzyla sie z 8 minut do 120 minut czasami. nic to, mowie sobie, ze to okres przejsciowy. moj kontrakt z obecna dzienna praca skonczy sie pod koniec pazdziernika i na pewno na tych samych warunkach go nie odnowie. bo jesli odnowie to po prostu fizycznie nie bede miala czasu, zeby rozkrecic wlasny interes. a chce. i zaczyna to bardzo, bardzo powolutku przybierac jakas forme.

zrobilam nawet stronke sobie firmowa, ciagle w fazie budowy, ale oczywiscie konstruktywne komentarze mile widziane o tu jest stronka . najbardziej sie chyba boje czesci slubnej, bo tego jeszcze sama nie robilam. wiem, ze z palcem w dupie potrafie to zrobic i to zrobic dobrze, ale odpowiedzialnosc za to, zeby zaczac spiewac w odpowiednich momentach, jednoczesnie obserwowac, czy nie trzeba przerwac, czy nie za glosno, czy dzwiek jest w porzadku… to bedzie nowosc. za to kupilam sobie zestaw malego karaokarza wiec technicznie jestem gotowa. teraz tylko czekam na zgloszenia!

w nowym domu jestem nadal zakochana bez pamieci. marze sobie po cichutku, bo to i tak niewykonalne, zebysmy sie szybko dorobili porzadnej kasy i sobie ten domek po prostu kupili. nie chce sie z niego nigdy w zyciu wyprowadzic!

koty ostatnio zyja zgodnie z zasada - kto pozno przychodzi sam sobie szkodzi. kiedy przyjezdzam juz wieczorem po pracach, probach, lekcjach i takdalejach to koty mnie pokazowo ignoruja, siedza radosnie u Mrua na tapczanie, uwalaja sie na dywaniku w przedpokoju, ale do mnie to zajrza na zasadzie “hm. a to ty tak smierdzisz nieznajomo. idz precz, fotel zwolnij, wracaj sobie tam gdzie nas nie ma, skoro tam tak dlugo siedzisz znaczy tam ci lepiej”.

przerabiam tez wlasnie historie z koza, tylko odwrotnie. dopiero teraz widze, jacy mysmy byli bogaci… teoretycznie naprawde powinnam szukac kolejnej stalej biurowej pracy i po porstu zapindalac na dwa etaty jak zwykle, ale to mnie nigdzie nie poprowadzi, poza stalym dochodem. nie mamy dzieci, dlugow mamy tyle co zwykle, nie mamy zadnych megadalekosieznych planow wymagajacych oszczedzania na, wiec to jest ten moment albo zaden, zebym sprobowala byc swoim wlasnym szefem. jesli nie wyjdzie, coz, bede przemeczona biurwa do konca kariery swojej. Wam sie by to podobalo, bo bylabym skwaszona i cyniczna do potegi. nie wiem natomiast jak by to wytrzymal Mru.

mielismy “demo” tego jak mogloby byc. przez miesiac pracowalam nad stronka, wizytowkami, dawalam lekcje, rozmawialam z przyszlymi studentami, mialam czas zrobic makijaz, wziac prysznic w srodku dnia, pranie bylo poprane, dom byl ogarniety, ja bylam usmiechnieta, koty byly wymiziane, Mru tez.

lubilam ten uklad.

najwyrazniej jestem kobieta ekstremalna. albo rzucam sie we wszystko i z rozwianym wlosem i mantra “niemamczasuniemamczasu” uganiam sie po wszystkich sroczych ogonach albo jestem szczytem spokoju i lenistwa z blogim nierobstwem wypisanym na twarzy.

z jednej strony wiem, ze teraz pracuje na moja przyszlosc, ze jesli jako ten konik polny bede biegac po polach i radosnie podspiewywac, to przyjdzie zima i bede sobie pluc w brode, z drugiej strony doswiadczenie moich rodzicow i ich pokolenia mi mowi, ze dalekosiezne plany lubia brac w leb i ze naprawde czasem pozostaja nam tylko wspomnienia. i ja bym chciala, zeby te wspomnienia mi zostaly przyjemne.

skonczylam 29 lat kilka dni temu. ostatnie 2x. wreszcie czuje, ze moje cialo i moj wiek zblizaja sie do reszty mnie. juz nie czuje sie powazna/cyniczna/szydercza/ostrozna ponad wiek, tylko wlasnie dokladnie tak powazna/cyniczna/szydercza/ostrozna jak przystalo w tym wieku. to fajne uczucie, bo od 10 lat czekam na ta fuzje mojej rzeczywistosci a rzeczywistosci ogolnej :)

ja tak moge dlugo i jeszcze nudniej, zapewniam. ale zostawie to na kolejny wpis. nigdy nie wiadomo na ile jeszcze mi wystarczy cugu do pisania tego bloga!


Cat-a-combs

cats are very intelligent creatures. yeah. right.

well, ok. one of our cats is. i think. the other one is not. i know that for sure.

yesterday was supposed to be such a nice day. go home straight from work, pick Igor up at the DART station, or not, eat out, or not, later try and unpack some more, or not at all. with no traffic on the way I was close to home early enough to consider coming in and pet the pets in the meantime. so i did. Missy greeted me and made a triumphal arch pose so I decided she wanted to play. well fair enough. i made the cat wipe the floor while chasing the pink fur on the wand thingy and then I dropped my tired body on the couch. Missy followed and after a long series of purrs she left the couch and I called the other cat in as it is unusuall for Honey to let Missy have all the fun and attention in the greeting ritual. so i keep calling and calling and calling… looking suspiciously at the washing machine on which i set the delayed programme in the morning (i have that thing. i fear i will one day lock and wash one of the cats in the washing machine, so I locate them before i close the machine door everytime). finally i hear a very weak “meeew”. my heart went up all the way to my mouth, i struggled to swallow it back to the chest area and the race started. i was opening all wardrobes, cabinets, drawers. no sight of the cat. i could sometimes hear it so I located it somewhere in the kitchen. and so, in this beautiful new fully fitted Ikea kitchen, there are 3 units full height and fully fitted. i went up the ladder and noticed 3 catsized holes at the back of the top each unit. no idea which one she went down in. i decided to take apart the unit with built-in fridge, waiting for Igor to come from work and help me unscrew the screws. obviously… the fridge door fell apart unexpectedly so i ended up with a huge tomato-glassy mess on the new floor (yeah. plastic ketchup bottles DO make sense to me now). then Igor came in and took apart other parts of the units trying to figure out what to take out first. well. underneath the unit that was hardest to take apart, between floor and the first shelf, under the properly fitted skirting there she was. she looked at us, came out, drank some water and forgot about the whole thing, which we were fixing back to its initial state for the next few hours and which we planned to spend in a completely different way. Honey was very nice and cuddly until the end of the day and today in the morning she jumped from the bedroom wardrobe… onto the back of my thigh while I was asleep. it was then when i decided NOT to count the darker cat before i close the washing machine next time around.

by the way. waking up in a warm cozy room and touching heated wooden floor with my feet justified all the hassle,cost and time put into this relocation thing.

first weekend in the new home coming up. we’re planning to go for a nice walk to check out this Bray Summerfest. and also it is today that we will be again connected to the internet so i need to prepare my room for internet sessions and wash the armchair after the last time my beloved Missy peed on it. i mean i will soak the recliner in the garden, which will probably dye our stone slabs pink….