MagDee’s World


Archive for the ‘prywatne’ Category

pan kotek jest chory

i siedzi w reclinerze. i o ile godziny w fotelu przed kompem i ps3 sa krotkie i dynamiczne, gdy jestem zdrowa, to gdy jestem hora jedna minuta idzie za druga w tempie zolwia po wylewie. na poltora dnia stracilam glos calkowicie z powodu laczonego. zimne powietrze, koncert inauguracyjny nowego albumu, latajace w cieplym powietrzy na scenie bakterie, wyjscie na fajke na mrozace powietrze, no i w ogole. w kazdym razie duzo duzo medykamentow zabralo mi wypowiedzenie calego zdania. i jeszcze w dodatku nic mi sie nie chcialo ogladac. nic. ale za to, tak sobie siedzac, obejrzalam kilka tutoriali o rysowaniu na komputerze. skonstatowalam, ze moj program jest fafnascie tysiecy razy gorszy niz te, ktorych tam uzywaja, po czym sie zabralam za bazgranie ze zdjecia na facebooku. i to wyszlo o:

Shazz


stwierdzam iz

jestem stara, gruba, brzydka, nudna i leniwa i mam na to nowe dowody!

znowu nie poszlam z chorem na drinczki i piweczka do knajpy po odspiewaniu palmowej mszy. znalazlam sobie tysiac wymowek, wymienilam dwie i wsiadlam w samochod.

niby marudze, ze potrzebuje znajomych, pogadac, najlepiej z jakimis babami, nad butelka wina na bujaczce w ogrodku, albo w knajpie przy piwku, a jak juz mi sie na tacy poda mozliwosc taka to szybko sobie przypominam, ze mieszkam na koncu swiata, ze Mru na pewno placze w samotnosci a koty z tesknoty szczaja na moje ciuchy. moze w duchu sie obawiam, ze to nie bedzie to. ze to nie te baby i nie to wino, sama kurna nie wiem.

jedna z niedogodnosci mieszkania za granicami kraju jest to, ze nie mam tu kumpli z przeszlosci. w sensie takich, co to sie z nimi jeszcze do liceum chodzilo, co to ocierali me lzy i trzymali wlosy jak rzygalam po wypiciu przerazajacej ilosci alkoholu. z “nowymi” ludzmi to jest tak, ze jakkolwiek bardzo przyjemnie czas sie spedza, to rozmowy nigdy nie beda tak glebokie/tworcze/abstrakcyjne/zabawne jak z takimi, ktorymi sie jeszcze kozy pasalo za mlodu.

ja wiem, ze byc moze za kilka/kilkanascie lat ci nowi znajomi maja szanse znac mnie w podobnym stopniu, jak tamci z przeszlosci. ale jakos wole, kiedy ludzie znaja mnie jako Boska, ktora IRCowym amebom kwieciscie i z wyraznym smacznym mlasnieciem odgryzala glowy, grala muzyke w knajpach i sprzedawala worki sarkazmu zza baru w ukochanym pubie. chce moc znac swoich przyjaciol/kumpli/znajomych z czasow, gdy sie siadywalo w kuchniach przy okrytych zielono-biala, powypalana papierosami cerata stolikach, popijalo cokolwiek bylo do popijania, palilo mnostwo papierosow i utwierdzalo sie nawzajem w swojej niepowtarzalnosci, genialnosci. od czasu do czasu smyralo sie za uszkiem czyjes ego, bo czemu nie. scieralo sie swoje swiatopoglady i opinie w goracych dyskusjach. zapladnialo sie nawzajem z pasja ksiazkami, filmami, muzyka.
im starsza jestem, tym ostrozniejsza w rozmowach z ludzmi nowopoznanymi. tym rzadziej niepytana wyrazam swoje opinie, tym mniej pasjonacko dyskutuje na interesujace mnie tematy, tym czesciej wzruszam ramionami i przechodze plynnie do rozmowy o pogodzie.

chcialabym, zeby mi sie bardziej chcialo macac, poznawac, zaciesniac wiezy. doprowadzic do tego, ze jak mam taka potworna ochote jak ostatnio, zeby wziac kilka butelek wina i paczek fajek i pojechac do kogos, spedzic z nim/nia/nimi cala noc i rano na kacu wracac do siebie z glowa pelna nowych mysli. chcialabym miec gwarancje, ze jesli juz w kogos zainwestuje taka uwage i zmusze sie do chcenia to efekt bedzie zadowalajacy, ze nie okaze sie, ze w naszym wieku to naprawde opowiada sie sobie tylko o podatkach, pracy i pogodzie.

Irlandia jest taka wlasnie. bardzo mila, ale tez przez to plytka. ludzie nawzajem mowia sobie mile rzeczy, zachecaja do wszystkiego, co czlowiek ma w planach (“mysle o tym, zeby otworzyc biznes, sprzedawac zestawy erotycznej bielizny dla niemowlat. – ooo super, fantastyczny pomysl, cos zupelnie nowego. mam nadzieje, ze ci sie uda!”). co najgorsze, oni naprawde w wiekszosci tak uwazaja, wiec nawet nie mozna zwalic na sarkazm ani zla wole. przez to, ze wszystko jest za lekko rozowa mgielka to czlowiek ma polowe emocji, do ktorych jest przyzwyczajony. jak tak teraz na to patrze, to sama nie wiem, czy lepiej tak sobie bezpiecznie i za mgla, czy intensywnie i ze spora doza cierpienia, po polsku. mysle, ze urodzone i wychowane tu polskie dzieci beda mialy juz latwiej, mnie jest roznie.

wydaje mi sie, ze powinnam przy najblizszej okazji taniobiletowej wybrac sie do Polski, do Aliny, do Gotyku, do wysokiego poziomu abstrakcji i do mnie samej sprzed okresu bycia mialka nudziara.

tak, ponadto mam pmsa.


kama kama kama kama kama kameeleeeoooon

z moim pisaniem bloga jest tak jak z moim spiewaniem, gustem.

nie jestem tworca. nie potrafie pisac piosenek, nie potrafie pokazac paluszkiem mojego stylu pisania, nie umiem spojrzec na spodnice i bluzke i powiedziec, ze beda dobrze razem wygladaly.

ja sobie biore, wchlaniam, macam, obracam, po czym przemodelowywuje na wlasne potrzeby, oswajam, przyszywam metke i sprzedaje jako swoje.

mysle, ze z wiekiem przestaje sie tego wstydzic troszke, wiec moge o tym napisac. tym bardziej, ze ucze sie z tego korzystac, z faktu, ze niezle odtwarzam i analizuje jeszcze dodatkowo. konkretnie chodzi  o to, ze pracuje jako nauczyciel spiewu. slucham wiec tych swoich uczniow, poprawiam, ugladzam to co oni tworza, przy okazji dobieram sobie cos do wlasnej palety tych no, srodkow wyrazu, przemodelowywuje i klepie po pupci, bo moje.

takoz z pisaniem bloga. w ogole do dokonania wpisu na blogu najczesciej motywuje mnie czytanie czyjegos bloga (pomijam tu wpisy, ktore po prostu opisuja ostatnie wydarzenia dla tych, ktorzy mnie na codzien nie widza). zauwazam u siebie takze, ze czytajac cudze wpisy zaczynam formulowac wlasne potencjalne wypociny, ktore sa przedluzeniem/wariacja na temat stylu, ktory czytam.

podobnie jest z filmami, ksiazkami. kameleonie sobie na temat postaci z ksiazek (z najwieksza przyjemnoscia odgrywam Granny Weatherwax, czasami Nanny Ogg, Magrat z bardzo rzadka), z filmow (tu jest mi gorzej przywolac konkretne postaci), buduje na nich dosc tymczasowa osobowosc, do czasu az mi sie znudzi albo obejrze/przeczytam cos, co bardziej do mnie przemawia. ciekawe, czy gdybym calkiem przestala odgrywac innych ludzi to co? bylabym totalnie beztwarzowa i zniknieta? nudna do potegi? wiem, ze te postaci sa na pewno  czescia mnie. nie przybieram postawy calej postaci,  tylko wyciagam to co jest mi bliskie/imponuje mi.

udawanie mam zreszta w sobie od dziecinstwa. droge na autobus ze szkoly podstawowej do domu urozmaicalam sobie najczesciej odgrywajac  w srodku role bezdomnego glodnego dziewczatka (tak, czytalam namietnie Mala Ksiezniczke wtedy), sprawdzajac w mijanych szybach wystawowych czy wygladam odpowiednio zalosnie i czy mam wystarczajaco sarnie oczeta, czasami bylam tez skomplikowanym czlowieko-robotem, ktory mial przelacznik za uchem (po dotknieciu sie tam zaczynalam sie ruszac kanciasto i poburkiwac na pare krokow, potem znowu dotkniecie i powrot do “ludzkiej” postaci, w autobusie na przyklad zdarzalo mi sie w dzikim tlumie udawac, ze zaraz zemdleje (tak naprawde to nie bardzo wiedzialam, jak sie wtedy wyglada i zachowuje, wiec musialam byc uber przekonywujaca, ale co tam). efekt nigdy nie mial zadnego znaczenia, czy kogos “wkrece”, wystarczalo mi, ze sobie wyobrazalam, ze ludzie sobie mysla ze oj biedna glodna dziewczynka ale jaka dzielna i chodzi do szkoly. eeeh, fajne czasy :)

dzisiejszy wpis sponsoruje blog Cloudy, ktorego zaczelam sobie czytac i bezwiednie z poczatku formulowac wlasne mysli na jej modle. a to, ze ona uwaza, ze nie umie pisac zupelnie mnie nie pociesza :)

rozwazam rozwiniecie tego bloga mojego w cos , co poza kalendarium wybrykow moich kotow i kontuzji moich kolan bedzie zawieralo jakies sobie takie niezbowiazujace przemyslenia. mysle, ze powinnam obejrzec kilka niezobowiazujacych, lekkich filmow w tym celu :)


i jak zwykle wszystko naraz

po kolei. waga wrocila do pierwotnej. jednak bez wysilku (gdy sie czlowiek przywiaze do fotela na pare miesiecy) ciezko jest schudnac. dlatego tez wydlubalam WiiFit spod stolika i zaczelam robic formy jogi i kilka cwiczen na rownowage. kilka cwiczen moge robic, reszta jest mocno nieprawidlowa, wyglada to tak, jakby moj mozg mial niewielki wplyw na to, co miesnie mojej prawej nogi robia. lewa noga dziala jak zwykle, sama z siebie. prawa za to sobie drga, nie dziala, dziala, zaciska, odciska, cuda na kiju normalnie. ale nie bede robila sobie usprawiedliwienia z oczekujacej operacji, nie powiesze mojego zycia na kolku, bo jak znam to zycie, to operacja moze byc, moze nie byc, ilosc miesiecy rekonwalescenji moze byc wieksza lub mniejsza, ale cokolwiek zrobie w kierunku polepszenia teraz, tym mniej bede musiala potem zrobic.

biznesowo wyglada to lepiej, niz mi sie wydawalo, ze bedzie. nadal lubie to, co robie i ciesze sie, ze ze wsparciem Mrua i reszty rodziny zdecydowalam sie opuscic biuro. oczywiscie, jak tylko sie bedzie dzialo to ja bardzo chetnie na krotkie kontrakty albo pol etatu, trzeba gromadzic pieniadze, a w zasadzie zasklepiac finansowe dziury, wyjsc na prosta a potem pakowac wszystkie banknoty w materac na czarna godzine.

zaczelam tez wiecej nagrywac, jak ktos chce posluchac to mnie znajdzie i poprosi, albo komenta zostawi.

Tata czeka na operacje kregoslupa, do czasu az nie bede wiedziala na 100% ze wszystko sie udalo i ze wszystko bedzie dobrze, to bede odrobine drazliwa i niespokojna. muzyka pomaga  wtedy bardzo.

z kocich nowosci – zrobilismy z Mruem pierwsze kroki w kierunku zabezpieczenia ogrodu, zeby koty mogly w nim wygrzewac wlochate dupska. a tak naprawde to po to, zebysmy my mogli otwierac drzwi na ogrod i korzystac ze slonca i grilla kiedy nam sie bedzie chcialo. wietrzyc dom slonecznym powietrzem pachnacym maciejka.


Kolankowa faza II

patrzac wstecz przez ten miesiac dochodze do nastepujacych konkluzji.

etap gipsu jest etapem przyjemnej hibernacji, w czasie ktorej czlowiek doznaje zludnego wrazenia, ze wszystko sie tam naprawilo i czlowiek jest zdrowy.
paskudne jedzenie robi z czlowieka naprawde innego czlowieka.
gotowanie w pelnym gipsie jest upierdliwe
robienie czegokolwiek innego, wlacznie z seksem jest wkurzajace i najezone (czasem doslownie :) ) przeszkodami.

w kwestii swiat – narobilam pierogow. jestem krolewna pierogow, a nie jestem krolowa tylko dlatego ze to stanowisko zajmuje moja Mama, a Tata jest krolem. jednakowoz irlandzkie ziemniaki i wlasna bezmyslnosc popsuly mi farsz na tyle, ze zamiast byc kulkami mial konsystencje lososia upacianego w pasztecie, dlatego pierogi nie byly wielkie jak jajka niespodzianki, ani nawet jak “Kasztanki”, a raczej jak Mentosy w rozmiarze. zostaly jednak pochloniete i zajumane “na pozniej” (no dobra, ja dostalam paszteciki do barszczu i uwazam, ze dobrze na tym wyszlam bo ja nie umiem robic). wczesniej jojczylam rodzicom o emailowanie mi przepisow, wiec wreszcie barszcz wyszedl mi tak jak pamietam z domu i zrobilam pieczonego cyca indyczego na rodzicowy sposob. swieta przebiegly z kilkoma burzami, bo ja sie uparlam, ze sprobujemy zaczac je obchodzic, zaczac budowac wlasne tradycje, ze czas przestac spedzac czas w ten sam sposob, czyli albo Wolne, albo Praca. Mru jest natomiast odrebnego zdania, jemu tak dobrze, on nie widzi potrzeby ubrania sie, zmienienia okolicznosci i wystroju w celu zaakcentowania, ze oto teraz to jest inne leniuchowanie na kanapie niz zwykle. a ja tak. mi bardzo brakuje Wyjsc z domu, takich, gdzie to sie bierze prysznic przed, zaklada swieze ladne ciuchy, robi makijaz/goli sie i idzie sie spedzac milo czas. musze chyba znalezc sobie kogos innego do takich celow, bo Mru wydaje sie byc doglebnie zraniony na sama mysl, ze mialby zalozyc koszule.
wracajac do swiat. odgrzebalismy choinke odziedziczona po Myszkach i ja z tym gipsem ja obkustykiwalam naokolo wieszajac bombki, swiatelka, oraz w ogole skladajac te cholerna choineczke co to galezi miala wiecej niz moje koty zbednego owlosienia. w sumie to bardzo chcialam zobaczyc jak to moje koty bawia sie dzwoneczkami, wbiegaja na galezie, zrywaja lancuchy, ale siersciuchy totalnie, TOTALNIE zignorowaly zielonego potwora.

w kwestii kolanka:
choc bardzo jasno wyrazalam swoja niechec, w koncu pojechalismy do pana doktora zdjac gips. pierwsze wrazenia:
o kurwa, ale ono jest spuchniete.
o i rozne kolory ma!
o, a na lydce nie zostalo ani jednego miesnia!
o matko, nie mam wladzy w nodze!

no wiec po gipsie noga w pozycji wyprostowanej – rulez. przy probach zgiecia (grawitacyjnie, nie miesniami, bo ich nie ma) bol, gwiazdki w oczach, ogluszanie pana doktora moim pomstujacym sopranem, uczucie rozrywania stawu kolanowego dwoma litrami wody wstrzyknietymi do srodka.
pan doktor kazal cwiczyc zginanie, chodzenie powolutku o dwoch kulach tez i ogrzewanie suszarka przed cwiczeniami a schladzanie lodem po cwiczeniach. one, te cwiczenia bola jak jasny gwint, ale wierze, ze to “rozrywanie” jest bardziej w mojej glowie niz gdzie indziej.
w ogole w mojej glowie dziwne rzeczy sa. na przyklad lydka wysyla komunikat do mozgu ze wlasnie sie potwornie kurczy! na zyczenie. o, tak samo jak ta druga lydka! uch uch uch! patrze na te chuda sirote a tam nic, totalnie NIC nie drgnelo (lewa lydka wtedy ma sliczny miesieniek twardy z tylu wyrzezbiony). no po prostu atrofia. to samo robi kolano, mowi ze zaraz sie rozpadnie na 1000 kawaleczkow a wcale sie nie rozpada.
i tylko ta opuchlizna mnie strasznie martwi, bo jest wieksza niz po operacji. z tej racji zaraz po przyjezdzie do domu od doktora mialam maly atak histerii (kto mnie zna to wie, ze to jak snieg w lipcu) na temat ze diagnoza jest zla, ze ja nie wiem co robic, ze tylko sobie zaszkodze, ze chce umrzec i w ogole. diagnozy natomiast w ogole nie ma bo przez te opuchlizne nie mozna jeszcze zrobic rezonansu ani zadnego testu. pan doktor mowi, ze jesli poszly wiezadla boczne to juz sie zrosly, a jesli krzyzowe to sie nie zrosna i trzeba bedzie je przyszywac. ja mam jeszcze podejrzenie (biedni lekarze, ktorych pacjenci sa uzaleznieni od internetu), ze moglo mi pojsc to wiezadlo rzepkowe takie, bo teraz jak napinam miesnie to boli mnie gorna czesc rzepki. ale pewnie sie nie znam na tym zupelnie i tylko sie niepotrzebnie stresuje.
w tej sytuacji wkurwia mnie tylko, ze teraz jak bede sie rehabilitowac i cwiczyc i bolec zeby mozna bylo zrobic badanie to jesli trzeba bedzie operacji to po niej znowu to samo rehabilitowanie cwiczenie i bolenie. i cala sprawa moze sie zaczac liczyc w latach.

za to wrocilam na diete South Beach. po miesiacu wegetacji na dziwnym jedzeniu i po swietach szczegolnie uznalam ze czas. i poszlam w tym roku na date 02.01.2009. na dzien dzisiejszy jest 4kg mniej (tak, odliczylam juz wage gipsu :)))) ) i czuje sie swietnie. w sensie czytam cos, jak widac cos pisze, mam pomysly, generalnie zaczelam zyc troche bardziej wewnetrznie. mam nadzieje ze tym razem uda mi sie przejsc moja “magiczna” bariere wagowa, bo wierze ze jak przeskocze ten konkretny numerek to juz bedzie z gorki. a do numerka pozostalo mi jeszcze 4kg.

a moze by sie tak wyprowadzic do Australii/Nowej Zelandii? tylko ja mam fobie na insekty latajace chaotycznie i na weze tez…