jestem stara, gruba, brzydka, nudna i leniwa i mam na to nowe dowody!
znowu nie poszlam z chorem na drinczki i piweczka do knajpy po odspiewaniu palmowej mszy. znalazlam sobie tysiac wymowek, wymienilam dwie i wsiadlam w samochod.
niby marudze, ze potrzebuje znajomych, pogadac, najlepiej z jakimis babami, nad butelka wina na bujaczce w ogrodku, albo w knajpie przy piwku, a jak juz mi sie na tacy poda mozliwosc taka to szybko sobie przypominam, ze mieszkam na koncu swiata, ze Mru na pewno placze w samotnosci a koty z tesknoty szczaja na moje ciuchy. moze w duchu sie obawiam, ze to nie bedzie to. ze to nie te baby i nie to wino, sama kurna nie wiem.
jedna z niedogodnosci mieszkania za granicami kraju jest to, ze nie mam tu kumpli z przeszlosci. w sensie takich, co to sie z nimi jeszcze do liceum chodzilo, co to ocierali me lzy i trzymali wlosy jak rzygalam po wypiciu przerazajacej ilosci alkoholu. z “nowymi” ludzmi to jest tak, ze jakkolwiek bardzo przyjemnie czas sie spedza, to rozmowy nigdy nie beda tak glebokie/tworcze/abstrakcyjne/zabawne jak z takimi, ktorymi sie jeszcze kozy pasalo za mlodu.
ja wiem, ze byc moze za kilka/kilkanascie lat ci nowi znajomi maja szanse znac mnie w podobnym stopniu, jak tamci z przeszlosci. ale jakos wole, kiedy ludzie znaja mnie jako Boska, ktora IRCowym amebom kwieciscie i z wyraznym smacznym mlasnieciem odgryzala glowy, grala muzyke w knajpach i sprzedawala worki sarkazmu zza baru w ukochanym pubie. chce moc znac swoich przyjaciol/kumpli/znajomych z czasow, gdy sie siadywalo w kuchniach przy okrytych zielono-biala, powypalana papierosami cerata stolikach, popijalo cokolwiek bylo do popijania, palilo mnostwo papierosow i utwierdzalo sie nawzajem w swojej niepowtarzalnosci, genialnosci. od czasu do czasu smyralo sie za uszkiem czyjes ego, bo czemu nie. scieralo sie swoje swiatopoglady i opinie w goracych dyskusjach. zapladnialo sie nawzajem z pasja ksiazkami, filmami, muzyka.
im starsza jestem, tym ostrozniejsza w rozmowach z ludzmi nowopoznanymi. tym rzadziej niepytana wyrazam swoje opinie, tym mniej pasjonacko dyskutuje na interesujace mnie tematy, tym czesciej wzruszam ramionami i przechodze plynnie do rozmowy o pogodzie.
chcialabym, zeby mi sie bardziej chcialo macac, poznawac, zaciesniac wiezy. doprowadzic do tego, ze jak mam taka potworna ochote jak ostatnio, zeby wziac kilka butelek wina i paczek fajek i pojechac do kogos, spedzic z nim/nia/nimi cala noc i rano na kacu wracac do siebie z glowa pelna nowych mysli. chcialabym miec gwarancje, ze jesli juz w kogos zainwestuje taka uwage i zmusze sie do chcenia to efekt bedzie zadowalajacy, ze nie okaze sie, ze w naszym wieku to naprawde opowiada sie sobie tylko o podatkach, pracy i pogodzie.
Irlandia jest taka wlasnie. bardzo mila, ale tez przez to plytka. ludzie nawzajem mowia sobie mile rzeczy, zachecaja do wszystkiego, co czlowiek ma w planach (“mysle o tym, zeby otworzyc biznes, sprzedawac zestawy erotycznej bielizny dla niemowlat. – ooo super, fantastyczny pomysl, cos zupelnie nowego. mam nadzieje, ze ci sie uda!”). co najgorsze, oni naprawde w wiekszosci tak uwazaja, wiec nawet nie mozna zwalic na sarkazm ani zla wole. przez to, ze wszystko jest za lekko rozowa mgielka to czlowiek ma polowe emocji, do ktorych jest przyzwyczajony. jak tak teraz na to patrze, to sama nie wiem, czy lepiej tak sobie bezpiecznie i za mgla, czy intensywnie i ze spora doza cierpienia, po polsku. mysle, ze urodzone i wychowane tu polskie dzieci beda mialy juz latwiej, mnie jest roznie.
wydaje mi sie, ze powinnam przy najblizszej okazji taniobiletowej wybrac sie do Polski, do Aliny, do Gotyku, do wysokiego poziomu abstrakcji i do mnie samej sprzed okresu bycia mialka nudziara.
tak, ponadto mam pmsa.