MagDee’s World


Archive for the ‘kotony’ Category

i jak zwykle wszystko naraz

po kolei. waga wrocila do pierwotnej. jednak bez wysilku (gdy sie czlowiek przywiaze do fotela na pare miesiecy) ciezko jest schudnac. dlatego tez wydlubalam WiiFit spod stolika i zaczelam robic formy jogi i kilka cwiczen na rownowage. kilka cwiczen moge robic, reszta jest mocno nieprawidlowa, wyglada to tak, jakby moj mozg mial niewielki wplyw na to, co miesnie mojej prawej nogi robia. lewa noga dziala jak zwykle, sama z siebie. prawa za to sobie drga, nie dziala, dziala, zaciska, odciska, cuda na kiju normalnie. ale nie bede robila sobie usprawiedliwienia z oczekujacej operacji, nie powiesze mojego zycia na kolku, bo jak znam to zycie, to operacja moze byc, moze nie byc, ilosc miesiecy rekonwalescenji moze byc wieksza lub mniejsza, ale cokolwiek zrobie w kierunku polepszenia teraz, tym mniej bede musiala potem zrobic.

biznesowo wyglada to lepiej, niz mi sie wydawalo, ze bedzie. nadal lubie to, co robie i ciesze sie, ze ze wsparciem Mrua i reszty rodziny zdecydowalam sie opuscic biuro. oczywiscie, jak tylko sie bedzie dzialo to ja bardzo chetnie na krotkie kontrakty albo pol etatu, trzeba gromadzic pieniadze, a w zasadzie zasklepiac finansowe dziury, wyjsc na prosta a potem pakowac wszystkie banknoty w materac na czarna godzine.

zaczelam tez wiecej nagrywac, jak ktos chce posluchac to mnie znajdzie i poprosi, albo komenta zostawi.

Tata czeka na operacje kregoslupa, do czasu az nie bede wiedziala na 100% ze wszystko sie udalo i ze wszystko bedzie dobrze, to bede odrobine drazliwa i niespokojna. muzyka pomaga  wtedy bardzo.

z kocich nowosci – zrobilismy z Mruem pierwsze kroki w kierunku zabezpieczenia ogrodu, zeby koty mogly w nim wygrzewac wlochate dupska. a tak naprawde to po to, zebysmy my mogli otwierac drzwi na ogrod i korzystac ze slonca i grilla kiedy nam sie bedzie chcialo. wietrzyc dom slonecznym powietrzem pachnacym maciejka.


Kolankowa faza II

patrzac wstecz przez ten miesiac dochodze do nastepujacych konkluzji.

etap gipsu jest etapem przyjemnej hibernacji, w czasie ktorej czlowiek doznaje zludnego wrazenia, ze wszystko sie tam naprawilo i czlowiek jest zdrowy.
paskudne jedzenie robi z czlowieka naprawde innego czlowieka.
gotowanie w pelnym gipsie jest upierdliwe
robienie czegokolwiek innego, wlacznie z seksem jest wkurzajace i najezone (czasem doslownie :) ) przeszkodami.

w kwestii swiat – narobilam pierogow. jestem krolewna pierogow, a nie jestem krolowa tylko dlatego ze to stanowisko zajmuje moja Mama, a Tata jest krolem. jednakowoz irlandzkie ziemniaki i wlasna bezmyslnosc popsuly mi farsz na tyle, ze zamiast byc kulkami mial konsystencje lososia upacianego w pasztecie, dlatego pierogi nie byly wielkie jak jajka niespodzianki, ani nawet jak “Kasztanki”, a raczej jak Mentosy w rozmiarze. zostaly jednak pochloniete i zajumane “na pozniej” (no dobra, ja dostalam paszteciki do barszczu i uwazam, ze dobrze na tym wyszlam bo ja nie umiem robic). wczesniej jojczylam rodzicom o emailowanie mi przepisow, wiec wreszcie barszcz wyszedl mi tak jak pamietam z domu i zrobilam pieczonego cyca indyczego na rodzicowy sposob. swieta przebiegly z kilkoma burzami, bo ja sie uparlam, ze sprobujemy zaczac je obchodzic, zaczac budowac wlasne tradycje, ze czas przestac spedzac czas w ten sam sposob, czyli albo Wolne, albo Praca. Mru jest natomiast odrebnego zdania, jemu tak dobrze, on nie widzi potrzeby ubrania sie, zmienienia okolicznosci i wystroju w celu zaakcentowania, ze oto teraz to jest inne leniuchowanie na kanapie niz zwykle. a ja tak. mi bardzo brakuje Wyjsc z domu, takich, gdzie to sie bierze prysznic przed, zaklada swieze ladne ciuchy, robi makijaz/goli sie i idzie sie spedzac milo czas. musze chyba znalezc sobie kogos innego do takich celow, bo Mru wydaje sie byc doglebnie zraniony na sama mysl, ze mialby zalozyc koszule.
wracajac do swiat. odgrzebalismy choinke odziedziczona po Myszkach i ja z tym gipsem ja obkustykiwalam naokolo wieszajac bombki, swiatelka, oraz w ogole skladajac te cholerna choineczke co to galezi miala wiecej niz moje koty zbednego owlosienia. w sumie to bardzo chcialam zobaczyc jak to moje koty bawia sie dzwoneczkami, wbiegaja na galezie, zrywaja lancuchy, ale siersciuchy totalnie, TOTALNIE zignorowaly zielonego potwora.

w kwestii kolanka:
choc bardzo jasno wyrazalam swoja niechec, w koncu pojechalismy do pana doktora zdjac gips. pierwsze wrazenia:
o kurwa, ale ono jest spuchniete.
o i rozne kolory ma!
o, a na lydce nie zostalo ani jednego miesnia!
o matko, nie mam wladzy w nodze!

no wiec po gipsie noga w pozycji wyprostowanej – rulez. przy probach zgiecia (grawitacyjnie, nie miesniami, bo ich nie ma) bol, gwiazdki w oczach, ogluszanie pana doktora moim pomstujacym sopranem, uczucie rozrywania stawu kolanowego dwoma litrami wody wstrzyknietymi do srodka.
pan doktor kazal cwiczyc zginanie, chodzenie powolutku o dwoch kulach tez i ogrzewanie suszarka przed cwiczeniami a schladzanie lodem po cwiczeniach. one, te cwiczenia bola jak jasny gwint, ale wierze, ze to “rozrywanie” jest bardziej w mojej glowie niz gdzie indziej.
w ogole w mojej glowie dziwne rzeczy sa. na przyklad lydka wysyla komunikat do mozgu ze wlasnie sie potwornie kurczy! na zyczenie. o, tak samo jak ta druga lydka! uch uch uch! patrze na te chuda sirote a tam nic, totalnie NIC nie drgnelo (lewa lydka wtedy ma sliczny miesieniek twardy z tylu wyrzezbiony). no po prostu atrofia. to samo robi kolano, mowi ze zaraz sie rozpadnie na 1000 kawaleczkow a wcale sie nie rozpada.
i tylko ta opuchlizna mnie strasznie martwi, bo jest wieksza niz po operacji. z tej racji zaraz po przyjezdzie do domu od doktora mialam maly atak histerii (kto mnie zna to wie, ze to jak snieg w lipcu) na temat ze diagnoza jest zla, ze ja nie wiem co robic, ze tylko sobie zaszkodze, ze chce umrzec i w ogole. diagnozy natomiast w ogole nie ma bo przez te opuchlizne nie mozna jeszcze zrobic rezonansu ani zadnego testu. pan doktor mowi, ze jesli poszly wiezadla boczne to juz sie zrosly, a jesli krzyzowe to sie nie zrosna i trzeba bedzie je przyszywac. ja mam jeszcze podejrzenie (biedni lekarze, ktorych pacjenci sa uzaleznieni od internetu), ze moglo mi pojsc to wiezadlo rzepkowe takie, bo teraz jak napinam miesnie to boli mnie gorna czesc rzepki. ale pewnie sie nie znam na tym zupelnie i tylko sie niepotrzebnie stresuje.
w tej sytuacji wkurwia mnie tylko, ze teraz jak bede sie rehabilitowac i cwiczyc i bolec zeby mozna bylo zrobic badanie to jesli trzeba bedzie operacji to po niej znowu to samo rehabilitowanie cwiczenie i bolenie. i cala sprawa moze sie zaczac liczyc w latach.

za to wrocilam na diete South Beach. po miesiacu wegetacji na dziwnym jedzeniu i po swietach szczegolnie uznalam ze czas. i poszlam w tym roku na date 02.01.2009. na dzien dzisiejszy jest 4kg mniej (tak, odliczylam juz wage gipsu :)))) ) i czuje sie swietnie. w sensie czytam cos, jak widac cos pisze, mam pomysly, generalnie zaczelam zyc troche bardziej wewnetrznie. mam nadzieje ze tym razem uda mi sie przejsc moja “magiczna” bariere wagowa, bo wierze ze jak przeskocze ten konkretny numerek to juz bedzie z gorki. a do numerka pozostalo mi jeszcze 4kg.

a moze by sie tak wyprowadzic do Australii/Nowej Zelandii? tylko ja mam fobie na insekty latajace chaotycznie i na weze tez…


ja naprawde nie mam czasu

porobilo sie otoz tak, ze zajec mam 1.5x wiecej niz ostatnio kiedy jojczylam, ze sie juz wiecej nie da, oraz moja droga do pracy wydluzyla sie z 8 minut do 120 minut czasami. nic to, mowie sobie, ze to okres przejsciowy. moj kontrakt z obecna dzienna praca skonczy sie pod koniec pazdziernika i na pewno na tych samych warunkach go nie odnowie. bo jesli odnowie to po prostu fizycznie nie bede miala czasu, zeby rozkrecic wlasny interes. a chce. i zaczyna to bardzo, bardzo powolutku przybierac jakas forme.

zrobilam nawet stronke sobie firmowa, ciagle w fazie budowy, ale oczywiscie konstruktywne komentarze mile widziane o tu jest stronka . najbardziej sie chyba boje czesci slubnej, bo tego jeszcze sama nie robilam. wiem, ze z palcem w dupie potrafie to zrobic i to zrobic dobrze, ale odpowiedzialnosc za to, zeby zaczac spiewac w odpowiednich momentach, jednoczesnie obserwowac, czy nie trzeba przerwac, czy nie za glosno, czy dzwiek jest w porzadku… to bedzie nowosc. za to kupilam sobie zestaw malego karaokarza wiec technicznie jestem gotowa. teraz tylko czekam na zgloszenia!

w nowym domu jestem nadal zakochana bez pamieci. marze sobie po cichutku, bo to i tak niewykonalne, zebysmy sie szybko dorobili porzadnej kasy i sobie ten domek po prostu kupili. nie chce sie z niego nigdy w zyciu wyprowadzic!

koty ostatnio zyja zgodnie z zasada – kto pozno przychodzi sam sobie szkodzi. kiedy przyjezdzam juz wieczorem po pracach, probach, lekcjach i takdalejach to koty mnie pokazowo ignoruja, siedza radosnie u Mrua na tapczanie, uwalaja sie na dywaniku w przedpokoju, ale do mnie to zajrza na zasadzie “hm. a to ty tak smierdzisz nieznajomo. idz precz, fotel zwolnij, wracaj sobie tam gdzie nas nie ma, skoro tam tak dlugo siedzisz znaczy tam ci lepiej”.

przerabiam tez wlasnie historie z koza, tylko odwrotnie. dopiero teraz widze, jacy mysmy byli bogaci… teoretycznie naprawde powinnam szukac kolejnej stalej biurowej pracy i po porstu zapindalac na dwa etaty jak zwykle, ale to mnie nigdzie nie poprowadzi, poza stalym dochodem. nie mamy dzieci, dlugow mamy tyle co zwykle, nie mamy zadnych megadalekosieznych planow wymagajacych oszczedzania na, wiec to jest ten moment albo zaden, zebym sprobowala byc swoim wlasnym szefem. jesli nie wyjdzie, coz, bede przemeczona biurwa do konca kariery swojej. Wam sie by to podobalo, bo bylabym skwaszona i cyniczna do potegi. nie wiem natomiast jak by to wytrzymal Mru.

mielismy “demo” tego jak mogloby byc. przez miesiac pracowalam nad stronka, wizytowkami, dawalam lekcje, rozmawialam z przyszlymi studentami, mialam czas zrobic makijaz, wziac prysznic w srodku dnia, pranie bylo poprane, dom byl ogarniety, ja bylam usmiechnieta, koty byly wymiziane, Mru tez.

lubilam ten uklad.

najwyrazniej jestem kobieta ekstremalna. albo rzucam sie we wszystko i z rozwianym wlosem i mantra “niemamczasuniemamczasu” uganiam sie po wszystkich sroczych ogonach albo jestem szczytem spokoju i lenistwa z blogim nierobstwem wypisanym na twarzy.

z jednej strony wiem, ze teraz pracuje na moja przyszlosc, ze jesli jako ten konik polny bede biegac po polach i radosnie podspiewywac, to przyjdzie zima i bede sobie pluc w brode, z drugiej strony doswiadczenie moich rodzicow i ich pokolenia mi mowi, ze dalekosiezne plany lubia brac w leb i ze naprawde czasem pozostaja nam tylko wspomnienia. i ja bym chciala, zeby te wspomnienia mi zostaly przyjemne.

skonczylam 29 lat kilka dni temu. ostatnie 2x. wreszcie czuje, ze moje cialo i moj wiek zblizaja sie do reszty mnie. juz nie czuje sie powazna/cyniczna/szydercza/ostrozna ponad wiek, tylko wlasnie dokladnie tak powazna/cyniczna/szydercza/ostrozna jak przystalo w tym wieku. to fajne uczucie, bo od 10 lat czekam na ta fuzje mojej rzeczywistosci a rzeczywistosci ogolnej :)

ja tak moge dlugo i jeszcze nudniej, zapewniam. ale zostawie to na kolejny wpis. nigdy nie wiadomo na ile jeszcze mi wystarczy cugu do pisania tego bloga!


Kot-a-kumba

koty to bardzo inteligentne stworzenia. hue hue hue. HUE!

no dobra. jeden z naszych kotow jest. tak przypuszczam. drugi nie jest. to wiem na pewno.

wczoraj mial byc mily dzien. wreszcie bezposrednio po pracy prosto do domku, mialam odebrac Mrua ze stacji albo i nie, jechac cos zjesc albo i nie, potem kontynuowac odgruzowywanie domku, albo i nie. poniewaz korkow po drodze nie bylo, to bylam w poblizu domu na tyle wczesnie, ze oplacalo mi sie wstapic do domku i poglaskac koty. przyszlam, Kotylda wyleciala i wystawila sie na mnie nastroszonym lukiem triumfalnym. se mysle, ze kotu sie chce bawic, no ok. wzielam cos zwisajacego z patyka i turlam kotem po podlodze. potem poszlam sie walnac na chwile na kanape, Kotylda na mnie, mrukocze i mrukocze. w koncu zlazla i zaczela sie krecic jak smrod po gaciach. wolam Haniutke, bo to do niej niepodobne, zeby pozwolic siostrze zagarnac cala moja uwage w rytuale powitania. i wolam, wolam i wolam. lypie z niepokojem na pralke, ktora wlasnie plucze moje pranie (mam mala paranoje, ze kiedys wypiore kota. dlatego przed kazdym wstawieniem pralki koty sa odliczane. nie tym razem, bo tym razem pralke ustawilam z opoznieniem, zeby sie pralo jak bede w pracy). w koncu slysze slabiutkie “miiiiu”. serce podskoczylo mi tak wysoko ze prawie je sobie przygryzlam. ale przelknelam dzielnie i dalej otwierac wszystkie szafy, szafki i szufladki. kota ani widu. slychu czasami go bylo, dzieki czemu wylapalam, ze jest gdzies w kuchni… kuchni na wymiar… z wbudowanym wszystkim. wlazlam na drabine i tak. w miejscu, gdzie sa trzy bloki wysokie, w jednym lodowka wbudowana, w drugim szafki, w trzecim mikrofalowka, piekarnik i tez szafki, od gory sa przy scianie trzy dziury akurat na kota. okreslenie w ktora z tych dziur kot wpadl okazalo sie niemozliwe. wiec rozebralam lodowke wbudowana wlacznie z zawiasami, drzwiami i tak dalej, powodujac wylecenie drzwi razem z butelkami ketchupu i sosow, ktore zlaly sie uroczo w jedna szklano-pomidorowa plame na nowiutkiej podlodze, potem przyszedl Mru i rozebral kilka innych kawalkow segmentu i pod tym wszystkim, miedzy podloga a faktycznymi segmentami siedzial sobie kotek. kotek wyjszl, napil sie wody i zapomnial o calym zdarzeniu, skutki ktorego niwelowalismy jeszcze przez kilka godzin, ktore mialy byc poswiecone na cos zupelnie innego. kotek do konca dnia byl bardzo mily i przytulny, po czym dzisiaj rano obudzil mnie zeskakujac mi z szafy na niczego niespodziewajaca sie tylna czesc uda. w tym momencie postanowilam NIE odliczac ciemniejszego kota przed nastepnym praniem.

z ciekawostek – obudzenie sie w cieplym pokoju i spuszczenie stopek na podgrzewana podloge usprawiedliwia w pelni nasza przeprowadzke, wzrost kosztow i cosetamchcecie.

szykuje sie na pierwszy weekend w nowym miejscu, planuje spacerek w celu obadania Bray Summer Festival i mini lunaparku z kolem mlynskim. poza tym dzisiaj ma spasc na nasz dom zloty deszcz bitow z internetu, wiec trzeba przygotowac pokoj oraz wyprac fotel po ostatnim obsikaniu go przez kota. znaczy fotel wyladuje w ogrodzie, gdzie uporczywie i obficie bede go topic i gdzie zapewne zafarbuje kamienie ogrodowe na rozowo.


powakacyjnie

bylo sie na wczasach. o kurwa, ale to juz dawno bylo. wcale juz nie czuje, ze gdziekolwiek wyjezdzalam, ci glupi psychopsuje wiedza co mowia, jak mowia ze wypoczywac trzeba miesiac, zeby tak naprawde wypoczac. to niestety se ne da, bo w wielu firmach nie sa jeszcze psychopsuje zatrudniani i male mam szanse na mozliwosc wziecia miesiecznego urlopu, ale za to albo 2 tygodnie albo 3-4 dni. tak chyba lepiej, bo taki tydzien to ni w chuj ni w trabke. niby czlowiek sie zaczyna rozluzniac ale juz mysli o powrocie.

Portugalia jest sliczna, biale domki malownicze, w Lidlu jest Ice Tea, zarelko w knajpach tanie, dobre i duzo. Bez air-condition jednak nie da sie tam zyc. Probowalam sobie wyobrazic jezdzenie tam samochodem bez klimatyzacji i spanie w mieszkaniu przy otwartych oknach i na sama mysl krew mi wrzala bulgotem potwornym.

poza tym maja zmije. dobrze, ze o tym fakcie zostalam naocznie uswiadomiona pod koniec wizyty. jechalismy sobie autkiem w taka mala uliczke z apartamentami rozwazajac jak fajnie byloby mieszkac na takim wzgorzu z widokiem na ocean, gdy zobaczylam sporo przed autem cos wijacego sie wrednie po jezdni. mialo z 1.5-2 metry gdzies spokojnie i blyszczalo w sloncu. zostalam przymurowana do kierownicy i nie ruszylam auta, dopoki to wredne cos nie zniknelo w trawie. no bo przeciez moglo ugryzc Fistaszka (Forda Fieste) w oponke!!!

z faktow ciekawych pozostaje mi nadmienic, ze facet to jednak facet i gupi bedzie zawsze. moj blady jak sciana gipsowa chlop po latach chowania cielska w czarnych owijakach przez rok caly niezmiennie, postanowil, ze smarowanie sie czyms z filtrem w czasie pobytu na plazy i wielogodzinnego poszukiwania muszelek jest przereklamowane i w ogole bue. ja juz po paru godzinach w porannym sloncu (i obsmarowana od czola pod piety) zaczelam instynktownie szukac cienia, wiec zarzadzilam zwiniecie sie z plazy. zjedlismy sobie obiadek w cieniu, posluchalam jak to Mru sie nigdy nie poparza sloncem i ze sie po prostu zbrazowi. tya. wieczorkiem mielismy sie udac na impreze integracyjna wczasowiczow (€5 za lebka!!!). ani apetytu Mru nie mial, z pubu (100% angielskiego syfiastego i smierdzacego kurzem) zwialismy po 2 minutach. zaczelam sie na powaznie martwic jak Mru czlapal sobie zrezygnowany za mna i nawet nie marudzil specjalnie. w hotelu rozkwitl natomiast powaznym porazeniem slonecznym ze wszystkimi jego oznakami, ktorych wymieniac nie bede. powiem tylko, ze siedzialam sobie jak trusia na tarasie z laptopem i staralam sie nie oddychac za glosno, zeby zasnal i przestal sie meczyc i wypatrywalam babli, postanowiwszy, ze jak sie pojawia to jedziemy do lekarza. dzieki ci matulu moja za to, ze jestem (po tobie) nadopiekuncza kwoka i mialam ze soba wielka puszke Panthenolu i pojecie o obslugiwaniu chorych. w kazdym razie skonczylo sie na tym, ze poltora dnia spedzilismy patrzac jak skora Mrua zmienia kolory a do plazy palalismy lekkim wstretem.

dodatkowo dopadl nas strajk kierowcow, ktorzy odcieli stacje benzynowe od dostaw paliwa. naturalne. w ostatni wieczor zabawialismy sie wiec jezdzac naokolo i szukajac kropli benzyny, zeby dojechac autem na lotnisko nastepnego dnia. dlugo sie nie bede rozwodzic, w kazdym razie benzyne znalezlismy przy mega adrenalinie i przy komputerze pokladowym mowiacym, ze za 6km bak bedzie zupelnie pusty. potem w nagrode odwiedzilismy delfinarium i do domu.

potem wpadl w odwiedziny moj tata, ktoremu Irlandia pokazala swoje prawdziwe oblicze. deszczyk, sloneczko, co 10 minut zmiana pogody i wygladu nieba. bylo cudnie, wreszcie sobie pojezdzilismy, pogadalismy a i ja moglam powolutku wrocic do rzeczywistosci po wczasach.

wczoraj widzialam domek swoich marzen. oczywiscie jest to domek marzen polowy aktualnie szukajacych domow ludzi, wiec panstwo landlordzi beda wybierac i przebierac. mam nikle nadzieje, ze wybiora nas, wiec trzymac kciuki. jak nie, to naprawde trudno bedzie znalezc cos rownie perfekcyjnego. w tamtym domu nawet kolor i model kanap byl idealny.

to tyle na teraz, bo nie moge za duzo pisac, bo trzymam wszystkie palce, nie tylko kciuki…

a zeby nie bylo ze nie ma o kotach, to juz jest:

wygle kitehy

koticky mordulec z karmelem na brodzie

ze moi?

can i haz bellyrub pwease?

jedna kota drugiej kocie wsadzila do oka stope.

whatcha lookin at, moron!

nieudana proba wykonania zywego obrazu yin-yang

chuja tam nieudana. Kotylda jest zadowolona, wiec na pewno bylo fajnie.