MagDee’s World


Archive for the ‘FYI’ Category

zeby Boska nie szla do pracy

…to by sie na 40cm plamie lodu nie poslizgnela.

osoby, ktore nie lubia opisow wypadkow i krwi i samouzalania sie mojego sa proszone o nieczytanie dalej.

ale sie poslizgnelam. nie wiem do konca jak, ale zadrapania po WEWNETRZNEJ stronie moich butow sugeruja, ze mi sie kolano (tak, to prawe, to operowane) wyfajtalo na jakies 90-110 stopni na zewnatrz.

cale szczescie, ze jestem sopranem gospelowym i ze moja pierwsza reakcja na bol i strach jest glosne jednostajne zawodzenie. uslyszal mnie pies sasiadow, potem sasiad, drabine przyniosl, przez plot przelazl. kazal zadzwonic na 999 po karetke. w oczekiwaniu na karetke towarzyszylo mi jeszcze dwoch sasiadow, znoszacych mi kocyki, proponujacych podusie i przestawiajacych moj samochod, zeby karetka sie zmiescila w bramie. a ja sobie czule obejmowalam donice ogrodowa i lkalam zalosliwie.

karetka przyjechala, chlopaki mnie obejrzeli, zrobili AUC i pokazali fioletowa bulwe, ktora mi sie w miejscu kolana zadomowila. no to do karetki, do szpitala (tak, niestety do tego samego, w ktorym poprzednio czekalam 13 godzin na ustalenie, ze nie zabije mnie zakrzep odrywajacy sie od scianki zylnej), w ktorym niby swietni ortopedzi. jest to St. Vincents Hospital. OMIJAC. SZEROKIM. LUKIEM.

w srodku umiescili mnie w strefie dla tych mniej poszkodowanych. i tam sobie kwitlam jakies 4 godziny. najpierw podeszlo do mnie kilkoro ludzi wypytujac co mi jest. potem byla dluuga przerwa. potem wzieto mnie na rentgena, gdzie pani bardzo nalegala, zebym wyprostowala noge (haha ha jak sie pozniej okazalo bylo to zupelnie fizycznie niemozliwe) i zabrala mi kocyk, na ktorym sobie to kolano podparte lezalo. wiec musialam trzymac te noge miesniami uda i nie drgac. po badaniu kocyka nie oddala, ale zuzylam taki, ktory mi w karetce dano do przykrycia. podkladalam to sobie centymetr po centymetrze, bo kazde ruszenie kolanem powodowalo kolejny atak lkacza.

no i czekalam sobie dalej. rano nie zdazylam nic wypic, a po kilku godzinach chlipania bylam dosc odwodniona wiec niesmialo zawolalam pania przy papierkowej robocie, zeby mi podala kubek wody albo cos. pani ze “zara zara, za pare minut”. 40 minut pozniej zawolalam druga pania, tym razem juz o wode i o zastrzyk przeciwbolowy, bo przyszedl pan doktor, omiotl mnie spojrzeniem, nawet niespecjalnie uniosl nogawke spodni, zeby zerknac na kolano (nad kolanem pod spodniami byla fioletowa bula) i powiedzial ze kosci sa w porzadku, to moze byc wiezadlo. to on mi da opaske uciskowa (!!!)  i czy ja potrzebuje kul? tak, kurwa, potrzebuje kul bo nie mam wladzy w nodze, dzieki bulwie uciskajacej mi nerwy, stary kretynie. powiedzialam ze bez zastrzyku przeciwbolowego nawet nie wstane, no to mi dali. i ze zadziala… za jakies 20 minut ale isc to ja musze juz teraz bo oni ze mna skonczyli, dali recepte na 2 leki przeciwbolowe i kazali sie oszczedzac. poprosilam pana doktora, ze skoro tkanka miekka jest fakapnieta, to moze rezonans magnetyczny? a on przez ramie z korytarza ze bez sensu bo trzeba czekac 2-3 miesiace, a i to wtedy kiedy jest podbite ze emergency. huh. wiem, ze mozna prywatnie, wiec kazalam panu doktorowi wypisac mi zalecenie, zeby bylo szybko, a on na to ze mam przyjsc za tydzien jak sie podlecze.

no wiec juz to widze jak sie podleczam, o czym bedzie pozniej.

pielegniarka w ogole nie bardzo chciala mi dac kule, bo wedlug niej to ja sobie tylko skrecilam kolano. poprosili przynajmniej jakas laske, zeby mi pomogla z torba (mialam torbe z laptopem i wszystkie moje bitsy do pracy) i zamowiono mi taksowke. jakos sie wkulalam do srodka i spedzilam urocza godzinke z taksowkarzem jadac przez najwiekszy korek… do prawdziwego lekarza ortopedy.

trzeba bylo zrobic lekkiego Sokobana zebym wlazla, wylazla z tego samochodu, potem sie dokustykalam do przychodni i bylo mi od razu lepiej. pan doktor Lech Kielpinski obejrzal to kolano i zlapal sie za glowe, a potem za te moja bulwe. na poczatek wypierdolilismy w kosmos opaske uciskowa, po czym kiedy sie okazalo ze nadal nie moge wyprostowac nogi i ze miesnie uda mi juz tak troche mdleja od utrzymywania kolana w jako takim komforcie, pan doktor sie na mnie zamierzyl z wielka strzykawa. i nigdy wczesniej nie sadzilam, ze wbicie mi wielkiej igly w kolano bedzie tak zajebiscie dobroczynne. utoczylismy  6 wielkich (takich nie wiem, 75ml moze) strzykaw krwi i mazi z tego biednego stawu. nie dziwota, kurwa mac ze nie moglam wyprostowac nogi. teraz wreszcie moglam opuscic kolano do wyprostu i dac tym miesniom uda odpoczac! juhu!

potem mnie slicznie zapakowal pan doktor w gipsiora od kostki do biodra prawie, poklelismy na irlandzkich lekarzy. i juz moglam sobie powolutku o kulach isc bez gwiazdek przed oczami, do sciany placzu po pieniazki za wizyte i apteki po zastrzyki rozrzedzajace krew (naturalnie w szpitalu mimo mojego naciskania, ze mam zakrzepice nikt mi takich zastrzykow nie zaproponowal). okazalo sie, ze zastrzyki kosztuja 323 euro, mimo ze pan doktor mowil, ze zaplace 90 eur. no wiec poszlam zaplacic w przychodni, poskarzylam sie na cene leku, pan doktor tylko zrzucil kitelek i pognal przekazac w aptece swoje zdanie na temat ich IQ podejrzewam, bo jak wrocil to byl bardzo z siebie zadowolony. okazalo sie, ze jest cos takiego jak DPS (Drug Prescription Scheme czy cos), ktory mowi, ze nie mam wydac wiecej na leki w ciagu miesiaca niz 90 eur. wiec za te mialam zaplacic 90 eur, reszte doplaca aptece panstwo, a do konca miesiaca mam leki potem za darmo. no to poszlam po to, zeby mi oddali nadplate, zupelnie byli przeciez nieswiadomi ze przyjde (3 minuty wczesniej wparowal tam lekarz z opierdolem)  i zamkneli apteke. ale sie podobijalam, wpuscili, po czym stwierdzili, ze nie maja tyle gotowki (reszta w sejfie) i nie moga oddac. moge se jutro przyjsc. spojrzalam na swoj gips, na swoj adres (jakies 25-30 km od ich apteki) i powiedzialam im, ze zupelnie nie moge i nie wyjde dopoki tego nie zalatwimy. okazalo sie wtedy, ze (po telefonie do managera) umieja znalezc przycisk “Refund” na maszynce do kart kredytowych i oddali kase w ciagu kilku minut.

potem jeszcze godzina w taksowce do domu i juz moglam sobie spokojnie zalec.

koncowo - nie wiadomo co mi strzelilo, ale skoro tak siknelo krwia to nie moze byc do konca dobrze. istnieje nadzieja, ze to tylko rzepka pociagnieta przez miesnie wywichnela sie w jakis kosmos oraz ze naderwalam/zerwalam wiezadlo boczne. ale to sie dowiemy po sciagnieciu gipsu i zrobieniu rezonansu magnetycznego pewnie. wtedy sie okaze czy bedzie operacja czy sie pozaklejalo samo.

a ja sie tak zastanawiam… szpital mi wysle rachunek za to, co mi wczoraj zrobili. pierwsze pokuszenie jest takie, zeby nie zaplacic, napisac skarge i tak dalej. drugie pokuszenie jest - pozwac gnojow za to, ze nie potrafili postawic diagnozy (a nawet zbadac) czegos, co moj osobisty Mru w wikipedii przeczytal jako podstawe. ze nie uwierzyli, ze nie moge ruszac noga, ze dali opaske uciskowa na kolano plywajace w pol litra krwi, ze jak sie okazuje krew ma enzymy trawiace bialko i nawet gdyby ta krew sie wchlonela po tygodniach, to zabralaby mi mnostwo kolana ze soba. za to, ze ja mam na tyle w mozgu, ze im nie uwierzylam ze to sie samo zrosnie i pojechalam do prawdziwego lekarza. za to, ze ktos inny moze miec mniej szczescia.

jesli jest jakis prawnik, ktory bylby zainteresowany wejrzeniem w te sprawe przy irlandzkich realiach to ja bardzo chetnie poslucham, bo mnie kurwica strzelila ciezka.


stabilizacja? a co to jest?

stracilam ostatnio serce do pisania na blogu. pewnie dlatego, ze faktycznych zmian jest multum, a ze zmianami to jak  problemami. dopoki sa male i ujezdzalne to sie chetnie dzielimy z bliznimi, rozdmuchujemy, nawilzamy, zeby lepiej rosly i okazalej wygladaly. ale kiedy dopadnie nas cos, co naprawde boli i utrapia, wtedy siedzimy cicho i miedlimy w sobie. to troche tak jak sie rozwodzic na fafnastu stronicach, ze sie skaleczylo w palec, ale kompletnie pominac fakt, ze w zasadzie i tak toczy nas jakas potworna choroba i generalnie to za tydzien umrzemy. ale o, paluszek boli tu, krew sikala jak z wieprza!

w ostatniej notce pisalam, jak to stabilizacja i swiety spokoj. no wiec moge teraz wnukom przyszlym opowiadac, ze tak, babcia zaznala spokoju i poczucia stabilnosci. przez jakies 5 dni. i potem jej sie znudzilo.

nie na wlasna prosbe przerwany zostal ten idylliczny tydzien, kiedy wszystko bylo na swoim miejscu. dnia pewnego przyszlam do pracy, zostalam zawolana do szefa, ktory skrecajac sie w pelen zawstydzenia paragraf wyjasnil mi, ze firma przeprowadza redukcje, bo ich nie stac, a ze bylam jednym z ostatnich nabytkow firmy, to jako jedna z pierwszych mowie jej papa. i ze moge sobie isc w sumie nawet zaraz. ze niby w akcie dobrej woli dostane jakies tam dodatkowe grosiwo, zebym nie umarla z glodu w czasie szukania nowej pracy.

no to poszlam.

w zasadzie to przeciez ja i tak juz miesiacami rozwazalam odejscie z pracy i poszukanie czegos mniej czasochlonnego, albo otworzenie wlasnego biznesu. no wiec znalazlam i to i to. teraz pracuje sobie z mocno elastycznymi godzinami pracy na kilkumiesieczny kontrakt a w miedzyczasie dlubie stronke, wizytowki, plany zajec, inwestuje w ksiazki o mojej branzy. w miedzyczasie powoli pekam ze smiechu na mysl, jak to jeszcze niedawno myslalam, ze powinnam pracowac DLA KOGOS, bo dzieki temu mam wieksze bezpieczenstwo i stabilizacje. hue hue hue.

teraz sobie tylko moge pluc w brode, ze nie zrobilam tego wszystkiego w czasach boomu pienieznego a zabieram sie za to, gdy do drzwi puka recesja i ludzie beda mieli inne wydatki, niz na nauczyciela spiewu :)


Bulk update

I am going to stop translating my entries for the moment simply because there is no indication they are being read at all. If you would like me to continue translating - just ask


tomorrow is The Big Day

i’m too sick to translate that longish entry. cutting it short - i’m wrecked and sick, doing gig today, moving homes tomorrow, trying not to break everybody’s balls in the process.


after the holidays

so I went on my holidays. damn, it was a long time ago, I don’t even feel I’ve travelled at all, those stupid shrinks know what they say, when they say that you need a month to feel really rested. unfortunately not so many companies employ those shrinks, so it’s unlikely that I will be able to take a month off, so it leaves me with either 2 weeks or 3-4 days. this would work better, a week is not enough and too much to detach and rest.

Portugal is beautiful, white houses are lovely, they have Ice Tea in Lidl, food in restaurants is cheap, good and lots of. I was trying to imagine living there without air-condition at hand and my blood boiled…

and they have snakes! fortunately i was unaware of that horrifying fact until the second last day. we were going uphill on a small road between the apartment blocks chatting about how lovely it would be to live on the hill side when a 1.5-2m of snake made itself visible shining in the full sun and zig-zagging its way across the road in front of our car. I stopped and refused to move before it disappeared in the grass. it could bite the car or something!!!

i have to admit that a guy is only a guy and stupid he will be always. my gypsum pale bofriend after years of avoiding any sunbeams trying to make their way through his black clothes decided, that wearing sun protection while searching for seashells on the beach is stupid and not cool. after a few hours of sunbathing i started absendmindedly looking for shade, so i decided to leave the beach. we had a nice lunch, i heard the stories how Mru never gets sunburnt and only gets browner straight away. then we went for a integration evening. he lost his apetite on the way and felt so bad that we left the pub we were supposed to integrate in after 2 minutes (no harm done, who WANTS to go to a Linkers English looking, dusty and dirty pub in Portugal, for Petes sake!!!) and I became very worried when Mru just trotted behind me not even able to mumle and complain. got the taxi home and then he bloomed into a serious sunstroke with all it’s shades and events, so I sat quietly on the balcony hoping he would go to sleep and stop hurting. it ended ok, we just sat there for 1.5 day looking at the colour-changing skin and feeling a bit angry at the beach on the whole.

in addition we were hit by a strike of drivers protesting against fuel prices, who stopped fuel trucks so the gas stations were empty. so we spent our last evening in Portugal looking for a gas station to give us enough fuel to get the rented car back to the airport. cutting it short, we found petrol next day when the car computer was shouting at us that the tank is going to be empty in 6km. so we visited Marina with dolphins and seals and crocodiles and headed for the airport.

then my dad came to visit. Ireland showed him the true face, rain, sunshine, changing every 10 minutes. it was good though, finally we had time to drive around and talk a lot, and also i was slowly coming back to Irish reality after my holidays.

yesterday I’ve seen a house of my dreams. of course, half of daft.ie subscribers dream of the same house, so the landlords will pick and choose. i have some hope that they will pick us. if they don’t it will be very hard to find something more perfect. in that house even the colour and model of couches is perfect.

and that’s it because it’s hard to type with my fingers crossed.

below there is a link to my new cat pictures, just in case you missed them :)