z moim pisaniem bloga jest tak jak z moim spiewaniem, gustem.

nie jestem tworca. nie potrafie pisac piosenek, nie potrafie pokazac paluszkiem mojego stylu pisania, nie umiem spojrzec na spodnice i bluzke i powiedziec, ze beda dobrze razem wygladaly.

ja sobie biore, wchlaniam, macam, obracam, po czym przemodelowywuje na wlasne potrzeby, oswajam, przyszywam metke i sprzedaje jako swoje.

mysle, ze z wiekiem przestaje sie tego wstydzic troszke, wiec moge o tym napisac. tym bardziej, ze ucze sie z tego korzystac, z faktu, ze niezle odtwarzam i analizuje jeszcze dodatkowo. konkretnie chodzi  o to, ze pracuje jako nauczyciel spiewu. slucham wiec tych swoich uczniow, poprawiam, ugladzam to co oni tworza, przy okazji dobieram sobie cos do wlasnej palety tych no, srodkow wyrazu, przemodelowywuje i klepie po pupci, bo moje.

takoz z pisaniem bloga. w ogole do dokonania wpisu na blogu najczesciej motywuje mnie czytanie czyjegos bloga (pomijam tu wpisy, ktore po prostu opisuja ostatnie wydarzenia dla tych, ktorzy mnie na codzien nie widza). zauwazam u siebie takze, ze czytajac cudze wpisy zaczynam formulowac wlasne potencjalne wypociny, ktore sa przedluzeniem/wariacja na temat stylu, ktory czytam.

podobnie jest z filmami, ksiazkami. kameleonie sobie na temat postaci z ksiazek (z najwieksza przyjemnoscia odgrywam Granny Weatherwax, czasami Nanny Ogg, Magrat z bardzo rzadka), z filmow (tu jest mi gorzej przywolac konkretne postaci), buduje na nich dosc tymczasowa osobowosc, do czasu az mi sie znudzi albo obejrze/przeczytam cos, co bardziej do mnie przemawia. ciekawe, czy gdybym calkiem przestala odgrywac innych ludzi to co? bylabym totalnie beztwarzowa i zniknieta? nudna do potegi? wiem, ze te postaci sa na pewno  czescia mnie. nie przybieram postawy calej postaci,  tylko wyciagam to co jest mi bliskie/imponuje mi.

udawanie mam zreszta w sobie od dziecinstwa. droge na autobus ze szkoly podstawowej do domu urozmaicalam sobie najczesciej odgrywajac  w srodku role bezdomnego glodnego dziewczatka (tak, czytalam namietnie Mala Ksiezniczke wtedy), sprawdzajac w mijanych szybach wystawowych czy wygladam odpowiednio zalosnie i czy mam wystarczajaco sarnie oczeta, czasami bylam tez skomplikowanym czlowieko-robotem, ktory mial przelacznik za uchem (po dotknieciu sie tam zaczynalam sie ruszac kanciasto i poburkiwac na pare krokow, potem znowu dotkniecie i powrot do “ludzkiej” postaci, w autobusie na przyklad zdarzalo mi sie w dzikim tlumie udawac, ze zaraz zemdleje (tak naprawde to nie bardzo wiedzialam, jak sie wtedy wyglada i zachowuje, wiec musialam byc uber przekonywujaca, ale co tam). efekt nigdy nie mial zadnego znaczenia, czy kogos “wkrece”, wystarczalo mi, ze sobie wyobrazalam, ze ludzie sobie mysla ze oj biedna glodna dziewczynka ale jaka dzielna i chodzi do szkoly. eeeh, fajne czasy :)

dzisiejszy wpis sponsoruje blog Cloudy, ktorego zaczelam sobie czytac i bezwiednie z poczatku formulowac wlasne mysli na jej modle. a to, ze ona uwaza, ze nie umie pisac zupelnie mnie nie pociesza :)

rozwazam rozwiniecie tego bloga mojego w cos , co poza kalendarium wybrykow moich kotow i kontuzji moich kolan bedzie zawieralo jakies sobie takie niezbowiazujace przemyslenia. mysle, ze powinnam obejrzec kilka niezobowiazujacych, lekkich filmow w tym celu :)