MagDee’s World


a te slozy to jej aze po plecach kapaly…

“Terminator 2″ to jedyny film, na ktorym plakalam. To zdanie w charakterze dykteryjki powtarzalam przez wiele lat jako dowod na bycie zimna cyniczna suka bez serca. i byla to prawda. w jakis koszmarny sposob wielkie mokre oczy Edwarda Furlonga kiedy zaczynal histeryzowac nad kadzia z Arnoldem mnie ruszaly :)

jedyna rzecza, ktorej pozwalalam na siebie dzialac byla muzyka. poza momentami, kiedy oplywaly mnie dzwieki bylam silnym niewrazliwym babochlopem. och jakze szyderczo rechotalam zawsze, jak moja Mama przy byle kretynskim i cukierkowym filmie wyciagala chusteczke. jakze cudownie bylo byc do szpiku kosci logiczna i pragmatyczna.

baby, those days are sooooo gone. seriously.

no zez kurwa psia mac. musze sie teraz przeklikac przez cale swoje jestestwo, przez to glupie wzruszanie sie, zeby sie ponastawiac znowu i miec pojecie, co i dlaczego sie we mnie robi.

pamietam jak kiedys z kumplami po jakiejs malej trawce zasikiwalam sie ze smiechu rozwazajac zalozenie biznesu wykonywania ubranek do trumien, dla dzieci. ze przebrania za supermanow, kominiarzy, whatever. w mojej glowie takie rozwazania byly rownie abstrakcyjne jak, hm, E.T. i jako takie bardzo zabawne. trawka tez najgorsza nie byla. ostatnio przez przypadek na youtube znalazlam filmiki wystawiane przez rodzicow dzieci, ktore umarly przy porodzie, przed, krotko po. kiedy cala rodzina robi sobie zdjecia(!!!!!) z martwym plodem ubranym w duzo na siebie za duze ubranka dla wczesniakow. zdjecia rodzinne, na ktorych dzieci (bracia czy siostry) wpatruja sie smutnymi oczami w zawartosc becika czesto malo nawet przypominajaca noworodka. i co? i sie wzruszam przy tym. z niesmakiem, ale sie wzruszam.

ogladam od kilku dni serial medyczny Grey’s Anatomy. w szpitalu, chirurdzy, zwiazki miedzy nimi, blablabla. kilka ciekawych chorob i pomyslow.  i co kurde? co drugi odcinek zbiera mi sie na lkanie, tu lezka, tam lezka, bo jakas aktorka poglaskala druga aktorke, ktora lezy w udawanym szpitalu i udaje, ze umiera. no kurde, to nawet moja Mama by nie ryczala chyba.

chyba powinnam sprawdzic poziom hormonow.

z drugiej strony, chyba musze przywrocic rownowage w przyrodzie i po prostu nadrobic te wszystkie lata bez emocji i bez lez.

09.11.2008 by MagDee

brukowiec dobra rada

nazywam sie MagDee i jestem uzalezniona od plotkarskich portali.

moj szanowny Tata na ten przyklad miewa w zyciu rozne metody na odmozdzanie i przychodza one fazami. najcieplej pamietam faze gry w Alien vs Predator czyli zabijanie potworow. bywa tez kurnik, tv i inne. u mnie natomiast jest to czytanie portali: srudelka, sransika, sraprysow, sruli.

jestem w stanie nawet przymruzyc oko na potworne ilosci reklamek, blogoreklamek dookola artykulow. no z czegos musza oplacac tym zanonimowionym “srennikarzom”, ktorzy sie tam wyrzyguja.

ciekawa natomiast jestem, czy oni maja jakis szablon do pisania z. albo slowo tygodnia, ktore trzeba zawrzec w artykule, bo spece od markietingu kazali, nawet jesli to slowo jest “ogorkowa” a mowa jest o Catherine Zeta Jones. na to wyglada, bo te artykuly sa czasem randomowe jak poezja dadaistyczna.

powtarzaja sie tam dwa wyrazne kanony. albo  jest to srennikarz dobra rada, albo srennikarz refleksyjny marceli szpak dziwi sie swiatu.

srennikarz dobra rada wyglada tak: Xinska powinna wiedziec, gdzie nalezy parkowac samochod. Ymarski powinien byl przewidziec, do czego doprowadzi romans z Umska, Zduch nie powinna w czasie ciazy chodzic na obcasach i spiewac. czasem nawet zwracaja sie bezposrednio do srelebrytow: Wywuwski, eh Wywuwski, powinienes byl spisac intercyze.

u dobrej rady nie moge sie oprzec wrazeniu, ze gdyby Xinska nie miala auta, to by bylo ze skapiradlo, Ymarski bez romansu z Umska zostalby opisany jako potencjalny gej, Zduch oddajac sie ciazy a nie showbiznesowi ciuckalaby sie ze soba, a Wywulski spisujacy intercyze bylby niezdolny do prawdziwej milosci i zaufania.

srennikarz marceli szpak natomiast dziwi sie i jest ciekaw wszystkiego: ciekawe, czy Fyfalska wie, jaki wplyw na jej zdrowie maja liczne operacje plastyczne, ciekawe, czy Srusting i Sritney do sieie wroca, ciekawe ile naprawde ma Cipalski pieniedzy…

przeraza mnie to, ze to dziala. stada losiow klepia te komentarze, klocac sie ze soba nawzajem badz srennikarzem czy Mumblinska jest hot czy not. pienia sie na styl, prawdomownosc i poziom czepialstwa autora artykulu, ktory juz dawno zapomnial, o czym pisal, bo wlasnie siedzi nad konkurencyjnymi portalami, zeby cos z nich sciagnac i przeredagowac. przeraza mnie, ze komentuja jak pojebani, odswiezajac te durna stronke w te i wewte, robiac statystyki. przeraza mnie, ze cos tak przerazajacego bierze i dziala :)

czare goryczy przelal portal sransik, w ktorym nie dosc, ze nasrane reklamami wszedzie (nie ma RSSa, a jakze, tylko sregoisci maja RSSa) to jeszcze wystawia sztuczny artykulik, ktory jest reklama. na pierwszym miejscu na stronce. nozez kurwa mac naprawde no.

blagam. stworzcie ktos mily plotkarski kacik, do ktorego bede mogla sobie zajrzec w pracy na przerwie na kawe i zatrudnijcie tam dziennikarzy i do kurwy nedzy zdejmijcie im te slowa tygodnia do uzycia z korpoprzegrodek. obiecuje nawet klikac w reklamy i komentowac jak szalona!

19.09.2008 by MagDee

ja naprawde nie mam czasu

porobilo sie otoz tak, ze zajec mam 1.5x wiecej niz ostatnio kiedy jojczylam, ze sie juz wiecej nie da, oraz moja droga do pracy wydluzyla sie z 8 minut do 120 minut czasami. nic to, mowie sobie, ze to okres przejsciowy. moj kontrakt z obecna dzienna praca skonczy sie pod koniec pazdziernika i na pewno na tych samych warunkach go nie odnowie. bo jesli odnowie to po prostu fizycznie nie bede miala czasu, zeby rozkrecic wlasny interes. a chce. i zaczyna to bardzo, bardzo powolutku przybierac jakas forme.

zrobilam nawet stronke sobie firmowa, ciagle w fazie budowy, ale oczywiscie konstruktywne komentarze mile widziane o tu jest stronka . najbardziej sie chyba boje czesci slubnej, bo tego jeszcze sama nie robilam. wiem, ze z palcem w dupie potrafie to zrobic i to zrobic dobrze, ale odpowiedzialnosc za to, zeby zaczac spiewac w odpowiednich momentach, jednoczesnie obserwowac, czy nie trzeba przerwac, czy nie za glosno, czy dzwiek jest w porzadku… to bedzie nowosc. za to kupilam sobie zestaw malego karaokarza wiec technicznie jestem gotowa. teraz tylko czekam na zgloszenia!

w nowym domu jestem nadal zakochana bez pamieci. marze sobie po cichutku, bo to i tak niewykonalne, zebysmy sie szybko dorobili porzadnej kasy i sobie ten domek po prostu kupili. nie chce sie z niego nigdy w zyciu wyprowadzic!

koty ostatnio zyja zgodnie z zasada - kto pozno przychodzi sam sobie szkodzi. kiedy przyjezdzam juz wieczorem po pracach, probach, lekcjach i takdalejach to koty mnie pokazowo ignoruja, siedza radosnie u Mrua na tapczanie, uwalaja sie na dywaniku w przedpokoju, ale do mnie to zajrza na zasadzie “hm. a to ty tak smierdzisz nieznajomo. idz precz, fotel zwolnij, wracaj sobie tam gdzie nas nie ma, skoro tam tak dlugo siedzisz znaczy tam ci lepiej”.

przerabiam tez wlasnie historie z koza, tylko odwrotnie. dopiero teraz widze, jacy mysmy byli bogaci… teoretycznie naprawde powinnam szukac kolejnej stalej biurowej pracy i po porstu zapindalac na dwa etaty jak zwykle, ale to mnie nigdzie nie poprowadzi, poza stalym dochodem. nie mamy dzieci, dlugow mamy tyle co zwykle, nie mamy zadnych megadalekosieznych planow wymagajacych oszczedzania na, wiec to jest ten moment albo zaden, zebym sprobowala byc swoim wlasnym szefem. jesli nie wyjdzie, coz, bede przemeczona biurwa do konca kariery swojej. Wam sie by to podobalo, bo bylabym skwaszona i cyniczna do potegi. nie wiem natomiast jak by to wytrzymal Mru.

mielismy “demo” tego jak mogloby byc. przez miesiac pracowalam nad stronka, wizytowkami, dawalam lekcje, rozmawialam z przyszlymi studentami, mialam czas zrobic makijaz, wziac prysznic w srodku dnia, pranie bylo poprane, dom byl ogarniety, ja bylam usmiechnieta, koty byly wymiziane, Mru tez.

lubilam ten uklad.

najwyrazniej jestem kobieta ekstremalna. albo rzucam sie we wszystko i z rozwianym wlosem i mantra “niemamczasuniemamczasu” uganiam sie po wszystkich sroczych ogonach albo jestem szczytem spokoju i lenistwa z blogim nierobstwem wypisanym na twarzy.

z jednej strony wiem, ze teraz pracuje na moja przyszlosc, ze jesli jako ten konik polny bede biegac po polach i radosnie podspiewywac, to przyjdzie zima i bede sobie pluc w brode, z drugiej strony doswiadczenie moich rodzicow i ich pokolenia mi mowi, ze dalekosiezne plany lubia brac w leb i ze naprawde czasem pozostaja nam tylko wspomnienia. i ja bym chciala, zeby te wspomnienia mi zostaly przyjemne.

skonczylam 29 lat kilka dni temu. ostatnie 2x. wreszcie czuje, ze moje cialo i moj wiek zblizaja sie do reszty mnie. juz nie czuje sie powazna/cyniczna/szydercza/ostrozna ponad wiek, tylko wlasnie dokladnie tak powazna/cyniczna/szydercza/ostrozna jak przystalo w tym wieku. to fajne uczucie, bo od 10 lat czekam na ta fuzje mojej rzeczywistosci a rzeczywistosci ogolnej :)

ja tak moge dlugo i jeszcze nudniej, zapewniam. ale zostawie to na kolejny wpis. nigdy nie wiadomo na ile jeszcze mi wystarczy cugu do pisania tego bloga!

18.09.2008 by MagDee

stabilizacja? a co to jest?

stracilam ostatnio serce do pisania na blogu. pewnie dlatego, ze faktycznych zmian jest multum, a ze zmianami to jak  problemami. dopoki sa male i ujezdzalne to sie chetnie dzielimy z bliznimi, rozdmuchujemy, nawilzamy, zeby lepiej rosly i okazalej wygladaly. ale kiedy dopadnie nas cos, co naprawde boli i utrapia, wtedy siedzimy cicho i miedlimy w sobie. to troche tak jak sie rozwodzic na fafnastu stronicach, ze sie skaleczylo w palec, ale kompletnie pominac fakt, ze w zasadzie i tak toczy nas jakas potworna choroba i generalnie to za tydzien umrzemy. ale o, paluszek boli tu, krew sikala jak z wieprza!

w ostatniej notce pisalam, jak to stabilizacja i swiety spokoj. no wiec moge teraz wnukom przyszlym opowiadac, ze tak, babcia zaznala spokoju i poczucia stabilnosci. przez jakies 5 dni. i potem jej sie znudzilo.

nie na wlasna prosbe przerwany zostal ten idylliczny tydzien, kiedy wszystko bylo na swoim miejscu. dnia pewnego przyszlam do pracy, zostalam zawolana do szefa, ktory skrecajac sie w pelen zawstydzenia paragraf wyjasnil mi, ze firma przeprowadza redukcje, bo ich nie stac, a ze bylam jednym z ostatnich nabytkow firmy, to jako jedna z pierwszych mowie jej papa. i ze moge sobie isc w sumie nawet zaraz. ze niby w akcie dobrej woli dostane jakies tam dodatkowe grosiwo, zebym nie umarla z glodu w czasie szukania nowej pracy.

no to poszlam.

w zasadzie to przeciez ja i tak juz miesiacami rozwazalam odejscie z pracy i poszukanie czegos mniej czasochlonnego, albo otworzenie wlasnego biznesu. no wiec znalazlam i to i to. teraz pracuje sobie z mocno elastycznymi godzinami pracy na kilkumiesieczny kontrakt a w miedzyczasie dlubie stronke, wizytowki, plany zajec, inwestuje w ksiazki o mojej branzy. w miedzyczasie powoli pekam ze smiechu na mysl, jak to jeszcze niedawno myslalam, ze powinnam pracowac DLA KOGOS, bo dzieki temu mam wieksze bezpieczenstwo i stabilizacje. hue hue hue.

teraz sobie tylko moge pluc w brode, ze nie zrobilam tego wszystkiego w czasach boomu pienieznego a zabieram sie za to, gdy do drzwi puka recesja i ludzie beda mieli inne wydatki, niz na nauczyciela spiewu :)

21.08.2008 by MagDee

Cat-a-combs (czytaj wpis po polsku)

cats are very intelligent creatures. yeah. right.

well, ok. one of our cats is. i think. the other one is not. i know that for sure.

yesterday was supposed to be such a nice day. go home straight from work, pick Igor up at the DART station, or not, eat out, or not, later try and unpack some more, or not at all. with no traffic on the way I was close to home early enough to consider coming in and pet the pets in the meantime. so i did. Missy greeted me and made a triumphal arch pose so I decided she wanted to play. well fair enough. i made the cat wipe the floor while chasing the pink fur on the wand thingy and then I dropped my tired body on the couch. Missy followed and after a long series of purrs she left the couch and I called the other cat in as it is unusuall for Honey to let Missy have all the fun and attention in the greeting ritual. so i keep calling and calling and calling… looking suspiciously at the washing machine on which i set the delayed programme in the morning (i have that thing. i fear i will one day lock and wash one of the cats in the washing machine, so I locate them before i close the machine door everytime). finally i hear a very weak “meeew”. my heart went up all the way to my mouth, i struggled to swallow it back to the chest area and the race started. i was opening all wardrobes, cabinets, drawers. no sight of the cat. i could sometimes hear it so I located it somewhere in the kitchen. and so, in this beautiful new fully fitted Ikea kitchen, there are 3 units full height and fully fitted. i went up the ladder and noticed 3 catsized holes at the back of the top each unit. no idea which one she went down in. i decided to take apart the unit with built-in fridge, waiting for Igor to come from work and help me unscrew the screws. obviously… the fridge door fell apart unexpectedly so i ended up with a huge tomato-glassy mess on the new floor (yeah. plastic ketchup bottles DO make sense to me now). then Igor came in and took apart other parts of the units trying to figure out what to take out first. well. underneath the unit that was hardest to take apart, between floor and the first shelf, under the properly fitted skirting there she was. she looked at us, came out, drank some water and forgot about the whole thing, which we were fixing back to its initial state for the next few hours and which we planned to spend in a completely different way. Honey was very nice and cuddly until the end of the day and today in the morning she jumped from the bedroom wardrobe… onto the back of my thigh while I was asleep. it was then when i decided NOT to count the darker cat before i close the washing machine next time around.

by the way. waking up in a warm cozy room and touching heated wooden floor with my feet justified all the hassle,cost and time put into this relocation thing.

first weekend in the new home coming up. we’re planning to go for a nice walk to check out this Bray Summerfest. and also it is today that we will be again connected to the internet so i need to prepare my room for internet sessions and wash the armchair after the last time my beloved Missy peed on it. i mean i will soak the recliner in the garden, which will probably dye our stone slabs pink….

18.07.2008 by MagDee